Po przegraniu w 2005 r. wyborów parlamentarnych i prezydenckich Platforma Obywatelska zmieniła front. O ile wcześniej używała określenia „nasi przyjaciele z PiS” i planowała sojusz z Prawem i Sprawiedliwością, to od czasu wyborczej porażki przystąpiła do zmasowanej krytyki niedoszłego koalicjanta. Jej celem stało się podzielenie opinii publicznej i spolaryzowanie sceny politycznej. PO obsadziła rywala w roli demona zagrażającego demokracji, siebie zaś zaczęła reklamować jako „jasną stronę mocy”. Polakom suflowała, że do wyboru mają „zaścianek” i „obciach” (PiS) oraz „Europę” i „miłość” (PO). Oskarżała PiS o agresję, a jednocześnie sama bezpardonowo atakowała politycznego konkurenta, poniżała i lżyła śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, straszyła „Kaczyńskimi”. Ta strategia niszczenia przeciwnika per fas et nefas dewastowała życie publiczne i deprawowała młodzież, ale przynosiła Platformie polityczne profity i pozwalała utrzymywać wysokie poparcie w ukochanych przez te partię sondażach.
Sytuacja zmieniła się 10 kwietnia, kiedy opodal Smoleńska w katastrofie lotniczej zginął śp. Lech Kaczyński wraz z Małżonką oraz towarzyszące im 94 osoby. Naród przeżył wstrząs, odkłamany został wizerunek śp. L. Kaczyńskiego, a Para Prezydencka mimo protestów najzagorzalszych przeciwników spoczęła na Wawelu. PiS zaczął emanować życzliwością, zaś jego lider i kandydat na prezydenta Jarosław Kaczyński mówi o „wzajemnym szacunku”, co trochę wyciąga rękę do zgody i deklaruje „zakończenie wojny polsko - polskiej”. Taki obrót sprawy kompletnie zaskoczył działaczy PO, których stać jedynie na bezradne powtarzanie, że „nie wierzą w przemianę Jarosława Kaczyńskiego”. Czekają oni z utęsknieniem na jakiekolwiek ostrzejsze słowo prezesa PiS, którego mogliby się uczepić. Próbują grać starą melodię licząc, że kolejny raz uwiedzie ona wyborców.
W taki duchu wypowiedział się na łamach dziennika „Polska The Times” w dniu 28 maja Grzegorz Schetyna, szef Klubu Parlamentarnego PO i sekretarz generalny tej partii (piszę o tym z przykrością, również dlatego, że wspólnie w latach 80-tych działaliśmy w podziemnym Niezależnym Zrzeszeniu Studentów Uniwersytetu Wrocławskiego). Oświadczył on, że „klasyczna twarz Prawa i Sprawiedliwości” to „grymas i zaciśnięte zęby, agresja wobec wszystkich, którzy myślą inaczej niż PiS. I hasło, a raczej marzenie, że „ciemny lud to kupi”””, natomiast „klasyczna twarz polityka PO” to „twarz uśmiechnięta jak logo Platformy, pokazująca otwartość”.
G. Schetyna odgrzewa propagandowe kotlety wyprodukowane onegdaj przez spindoktorów Platformy. W jego bajce PiS to szkaradne zło, zaś PO to radosne dobro. Co czynić na takie dictum, które ani na jotę nie przybliża nas do rozwiązania realnych problemów i jakże potrzebnej narodowej zgody? Protestować czy ignorować? Śmiać się czy płakać?
Konstatacje G. Schetyny zasmucają. Świadczą o braku refleksji nad kondycją polskiej polityki, co po katastrofie smoleńskiej powinno było przecież nastąpić również w szeregach Platformy. Dowodzą zachłyśnięcia się władzą, są świadectwem zacietrzewienia. Z drugiej strony nie można wykluczyć, że G. Schetyna uwierzył w propagandę własnego obozu politycznego i inaczej już nie potrafi. Szkoda, wielka szkoda…


Komentarze
Pokaż komentarze (3)