W sobotę 23 października prezydent RP Bronisław Komorowski, marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna i premier Donald Tusk złożyli kwiaty przed biurem PiS w Łodzi, w którym kilka dni wcześniej jeden działacz PiS został zamordowany, a drugi ciężko ranny.
Gest liderów Platformy Obywatelskiej, partii rywalizującej z Prawem i Sprawiedliwością, na pierwszy rzut oka wygląda na szlachetny. Na pięknym obrazie wielokrotnie prezentowanym w kolejnych dziennikach telewizyjnych i radiowych (prasa napisała o tym w poniedziałek zamieszczając stosowne zdjęcia) są jednak poważne rysy.
To D. Tusk, G. Schetyna i B. Komorowski odpowiadają za agresję PO w ostatnich latach, która przyniosła ostry konflikt społeczny nazywany „wojna polsko - polską”. Są moralnie odpowiedzialni za zdeprawowanie części młodzieży dopuszczającej się przemocy słownej i fizycznej wobec starszych osób modlących się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie (młodzież owa na poważnie wzięła słowa D. Tuska, że PiS i jego sympatycy to „ciemna strona mocy”). Za ich aprobatą poseł Janusz Palikot dopuszczał się niebywałego chamstwa i odzierał z godności śp. Lecha Kaczyńskiego, przy ich akceptacji bez żadnych hamulców opluwał działaczy PiS. Rozbawiały ich plugawe wypowiedzi R. Sikorskiego, S. Nowaka, S. Niesiołowskiego. Groźby pozbawienia życia oponentów („dorzynanie watah”, „zastrzelenie” i „wypatroszenie” Jarosława Kaczyńskiego) przywódcy PO obracali w żarty. Zresztą sami nie pozostawali w tyle - D. Tusk wygrażał posłom PiS w parlamencie, że „wyginą jak dinozaury”, B. Komorowski kpił z prezydenta L. Kaczyńskiego snując rozważania o „ślepym snajperze”, opowiadając „jaka wizyta taki zamach”, dywagując o katastrofie lotniczej, w której rozwiąże się „problem prezydenta”. Im kto bezwzględniej poniewierał braćmi Lechem i Jarosławem Kaczyńskimi tym wyżej był w Platformie awansowany.
Po katastrofie smoleńskiej żaden z trzech liderów PO nie przeprosił za własne słowa, a także za bezeceństwa, których dopuszczali się niektórzy działacze Platformy. Żaden z nich nie powściągał J. Palikota, który po krótkim okresie milczenia wrócił do ponurego procederu. Po tragedii w Łodzi prezydent B. Komorowski rzucił w rozmowie z dziennikarką Katarzyną Kolendą - Zaleską słowo „przepraszam”, ale natychmiast dodał, że „przeprasza” nie tylko za J. Palikota i S. Niesiołowskiego z PO, ale i za A. Macierewicza i J. Kurskiego z PiS. Takie postawienie sprawy plus dodatkowy pokrętny komentarz pana prezydenta uczyniły z owych „przeprosin” groteskę. B. Komorowski, owszem, zaprosił J. Kaczyńskiego do Pałacu Prezydenckiego, ale rozmowy chciał wyłącznie w świetle kamer, a dla delegatów lidera PiS (byli nimi wiceprezes PiS Beata Szydło i szef Klubu Parlamentarnego PiS Mariusz Błaszczak) już czasu nie znalazł. Premier D. Tusk z kolei oświadczył, że „gdyby Platforma odpowiadała na każdy atak J. Kaczyńskiego, to mielibyśmy piekło na ziemi”. Jednocześnie permanentnie używa wobec PiS agresywnej retoryki, w której pojawiają się określenia „bitwa”, „wojna”, „ofensywa”, „znów będziemy z Grzegorzem Schetyną jak jedna pięść!”.
W tym stanie rzeczy gest przywódców PO trudno uznać za uczyniony w dobrej wierze. To raczej kolejny marketingowy zabieg, który ma pokazać, że to Platforma wyciąga rękę do zgody. To bardziej propagandowy chwyt mający odwrócić uwagę opinii publicznej od faktu, że nagonka na ludzi Prawa i Sprawiedliwości organizowana przez Platformę Obywatelską i sympatyzujące z nią media przyniosła straszny plon.
Polska potrzebuje dziś dobrej woli, zgody i współpracy. Nienawiść - jak pokazuje mord w Łodzi - owocuje zbrodnią. Pilną potrzebą jest naprawa polskich sumień. Warto, by w tym dziele liderzy PO, partii rządzącej i posiadającej prawie zupełny polityczny monopol, zaczęli od siebie.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)