305 obserwujących
801 notek
5028k odsłon
  1062   0

Zapach trawy w Babich Dołach (Dzień 1)

Kto czytał opowiadanie Süskinda „Gołąb” wie, jak bardzo sprawy drobne mogą wytrącić człowieka z życiowej równowagi. Ze mną nigdy nie było aż tak strasznie ale nie lubię jak rzeczy i sprawy ustalone nagle stają się nieaktualne. Ów gołąb Süskinda miał mi posłużyć za tytuł, bo po przyjeździe do Babich Dołów zauważyłem (może z niemała przesadą), że nic nie jest na swoim miejscu. Już nawet byłem gotów zgodzić się na to Kosakowo jako nowe miejsce. Ale jakoś udało mi się znaleźć taki łącznik z przeszłością. Po pierwszych koncertach, gdy przemieszczałem się między scenami, poczułem ów tytułowy zapach trawy. Tej prawdziwej, która jedzą krowy a nie sprzedają Amerykanie „w celach rekreacyjnych”. I tak wróciłem do Babich Dołów.

Od dawna wiedziałem, że tegoroczny festiwal  nie będzie ekscytujący. Nie wiem czy z powodu braku obecnego w latach świetności Openera sponsora tytularnego czy z innych względów nie ma w spisie wykonawców nikogo, kto by poruszał emocje. Przynajmniej moje. Jest głośny Hozjer, parę naprawdę uznanych marek ale brak tego, co kiedyś było punktem obowiązkowym. Brak legend. Będzie oczywiście Thurston Moore ale to przecież nie Sonic Youth, których koncert sprzed lat do dziś pozostaje w mojej pamięci jako jeden z najlepszych, jakie widziałem.

W zamian organizatorzy przygotowali masę niespodzianek. Pierwszą były godziny koncertów. W zamyśle chodzić mogło o stworzenie wrażenia, że dzieje się więcej. Występy zaczynają się o 15.45 a ostatni wykonawcy wchodzą na scenę o 2 w nocy.

W rzeczywistości jest to spowodowane zmniejszeniem liczby scen przy pozostawieniu zbliżonej do lat poprzednich liczby wykonawców. W sumie dla najbardziej wytrwałych co najmniej 10 godzin nieustannej muzyki.

Drugą nowością było ulokowanie w zasadzie prawie wszystkiego w innym miejscu. Oczywiście przesadzam bo sceny są, gdzie były dotychczas a zmieniło się tylko to, ze trzecia scena, teraz nazwana Alter Stage, znajduje się w namiocie.  

Wejście na teren festiwalu po stronie „dla zmotoryzowanych” już nie jest jak kiedyś zaraz obok parkingu. Teraz trzeba iść spory kawałek. Po co? Nie mam pojęcia.

Dodano drugi obok dotychczasowego ciąg gastronomiczny. Na niewiele się to zdało bo kolejki do punktów wymiany bonów i do punktów sprzedających jedzenie były wielkie jak nigdy dotąd.

Ale najważniejsza jest muzyka.

Festiwal zaczęła polska ekipa Milky Wishlake.  Po pierwszym utworze uznałem, ze brzmia jak Moby z płyty „Play”. I tak zostało. To nie jest zarzut. Co by nie myśleć o Mobym i jego twórczości, „Play” to była kapitalna płyta. A po niej mało kto w poprocku potrafił nie brzmieć jak Moby z płyty „Play”.  Otwierajacy głowna scenę Kodaline zaczęli jak typowi britpopowcy ale od drugiego kawałka już skręcili ku lekko folkującym klimatom. Z korzyścią dla muzyki i, jak mniemam, dla słuchaczy.

Na Tent Stage (druga co do znaczenia scena) pierwsi byli W.E.N.A. & E.A.B.S. Zupełnie nie kojarzę kim jest rapujący w tym zestawie W.E.N.A choć pewnie powinienem ( z jego słów wynika, ze coś tam już pokazał). Ale koncert był zdecydowanie lepszy, gdy reszta składu grała lekko jazzując i funkując bez niego. Choć drugi kawałek, w którym delikatniej w sferze werbalnej ale za to mocniej w sferze woklanej raper wypowiadał się „o życiu” robił bardzo przyzwoite wrażenie.

Golan to elektroniczny tercet, mocno podpierający się akustyka w postaci trąbki i żywych bębnów. W ogóle fakt, że specjaliści od elektroniki  stawiają na żywe bębny to krok bardzo właściwy w kierunku nadania tej muzyce strawności. Golan był strawny.

W.E.N.A. podczas swego występu polecił gości z ASAP Rocky. I miał rację. To był bardzo mocny rap. Nie hip hop lecz rap. Przyznam, że urzekło mnie ego kolesi (w zasadzie powinienem napisać „kolesia” bo to on firmuje przedsięwzięcie ale było ich kilku i każdy równie dobry), którzy na początku rapowali do dźwięków, które przypominały wyłącznie wystrzały z dział albo bicie serca.  Do tego mieli taką stylówę, że nikt nie może wątpić w wywodzące się z Harlemu korzenie ASAP-a. Dalej zaczęły pojawiać się… piosenki z towarzyszeniem gitary ale to były zdecydowanie najsłabsze momenty występu. W tym czuć było moc.

Natalia Przybysz to znana i solidna firma. Kiedyś w Gdyni otarłem się o jej występ ale jako Natu występowała na World Tent którą omijałem szerokim łukiem.  Natalia to bezapelacyjnie ścisła czołówka polskich wokalistek a jej występ miał klimat. Mnie momentami pobrzmiewały solowe próby heroin naszego big beatu. Ale niestety nie miał ten występ magii pierwszych gdyńskich koncertów Marii Peszek i Noviki.

HV/NOON to kolejni elektronicy z żywym bębniarzem. Zaczęli mocno, z muzyką mogąca być znakomitą ilustracją do jakiegoś skandynawskiego psychokryminału. Drugi utwór poświęcony był łódzkim Bałutom. A skoro Łódź, fascynacja taką muzyką nie dziwi.

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale