Swieykowski Swieykowski
1521
BLOG

SZPIEG W WOLNEJ EUROPIE

Swieykowski Swieykowski Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 4

 

SZPIEG W WOLNEJ EUROPIE
                Takim właśnie tytułem opatrzył swoje dzieło Andrzej Krajewski opublikowane w dziale Historia PRL na łamach Newsweeka.  Jako były, wieloletni pracownik tej rozgłośni w Monachium, natychmiast z uwagą zacząłem czytać zdanie po zdaniu. Z każdym kolejnym rosło moje zdumienie. Kiedy dobrnąłem do ostatnich zdań tej publikacji jeszcze raz sprawdziłem czy faktycznie dotyczy to Czechowicza, niby agenta wywiadu PRL rozwalającego od środka najistotniejsze struktury całego świata zachodniego. Niestety jest to opowieść właśnie o nim.
                Po raz pierwszy z tym nazwiskiem spotkałem się, tak jak większość Polaków mojego pokolenia , w momencie jego triumfalnego wręcz – tak przedstawiała to ówczesna propaganda – powrotu agenta, który spędził w murach „wrogiej” Polsce rozgłośni siedem lat. Byłem wówczas początkującym dziennikarzem  w Łódzkiej Rozgłośni Polskiego Radia i równocześnie słuchaczem Wolnej Europy. Nie mogłem wówczas uwierzyć, że to co opowiada on, co mówią o jego wyczynach propagandowe materiały w peerelowskich mediach, może być prawdą. Przecież Amerykanie, Niemcy nie mogą być tacy naiwni – myślałem.  Z audycji z Monachium pamiętam jedynie informacje, że Andrzej Czechowicz tak naprawdę niewiele mógł przekazać do Polski, bo w miejscu w którym pracował nie ma żadnych, mogących kogokolwiek skompromitować, materiałów. Nie wiedziałem, że upłynie kolejnych kilka lat, o Czechowiczu ludzie już niemal zapomną, a ja, były dziennikarz Polskiego Radia a potem TVP  znajdę się w Monachium, przy Oettingenstrasse i to jako – nie świeżo pozyskany agent CIA – ale jako dziennikarz. Jako człowiek któremu dopisało szczęście w życiu i po długich staraniach uzyskał etat, biurko, służbowe mieszkanie i godziwą pensje właśnie w gmachu RWE.
                Współpracę z rozgłośnią rozpocząłem w 1980 roku. Latem 1980 roku po raz pierwszy wszedłem na teren rozgłośni. Wbrew wszelkim obawom, nie było to wcale trudne. Z portierni do sekcji polskiej poprowadziła mnie sekretarka dyrektora administracyjnego sekcji polskiej Pana Mierzanowskiego Pani Olsienkiewicz. Potem już opiekował się mną Tadeusz Chciuk Celt. W rozgłośni spędziłem trzy dni. Po powrocie do Szwecji – tam wtedy mieszkałem – w jakimś momencie powróciłem myślami do książki Czechowicza   „Siedem trudnych lat”.   Uświadomiłem sobie   skalę kłamstwa, oszustwa , siłę propagandy mającej oszukać, otumanić społeczeństwo, zawartej w książce sprzed kilku lat. To typowy przykład intelektualnej zbrodni dokonywanej przez propagandę komunistyczną  na niczego nieświadomych umysłach ludzi.
                Do Monachium ponownie przyjechałem 3 października 1982 roku. Byłem drugim dziennikarzem zatrudnionym przez Zdzisława Najdera. Podstawowy zespół dziennikarski stanowili ludzie pracujący w rozgłośni niemal od początków jej powstania. Mimo różnicy wieku, mimo tego, że jeszcze niedawno byłem dziennikarzem dziennika TVP na Placu Powstańców w Warszawie a szefem był Stanisław Cześnin, ludzie tacy jak Ptaczek, Nowakowski, Tyszkiewicz, Podgórski, Miłotworska, Kaniewicz, Jabłoński itd. przyjęli mnie  sympatycznie. Od pierwszego dnia uczestniczyłem w codziennych  spotkaniach przy okrągłym stole w kantynie po porannej konferencji. Wspominam o tym, bo nie wszyscy tam zajmowali miejsca, a poza tym właśnie przy tym stoliku poznawałem opowieści o poszczególnych osobach. Tutaj także łatwo można było się zorientować kto kogo bardziej lub mniej ceni, kto z kim rywalizuje i jak przebiegają podziały w zespole. Przy tym stoliku także kilkakrotnie padało nazwisko Czechowicza. Z reguły dowcipny i nieco kąśliwy Zygmunt Jabłoński wypominał Ptaczkowi przyjaźń i wspólne biesiadowania właśnie z Czechowiczem.
                I jeden i drugi należeli do osób wspólnie spędzających czas, a może nawet zaprzyjaźnionych ze sobą. Tutaj także dowiedziałem się o tym, jak przyjęto wiadomość o ucieczce Czechowicza. Tak to czasem określano, chociaż i Tadeusz Nowakowski i sam Ptaczek często powtarzali, że była to niezwykle dziwna historia. Ptaczek był bodaj pierwszą osobą, której pokazano mieszkanie Czechowicza. Wszystko leżało na miejscu. Tak jakby jego mieszkaniec tylko na chwilę wyszedł do miasta. To sugerowało przypuszczenia, że Czechowicz być może został niespodziewanie uprowadzony wbrew swojej woli. Kilkakrotnie potem bezpośrednio pytałem o to Ptaczka. Potwierdzał te podejrzenia. W jednym wszyscy się zgadzali:. to nie był żaden szpieg.
                KILKA PODSTAWOWYCH FAKTÓW
                Dział w którym pracował Czechowicz nie wiem dlaczego szumnie nazywa się  Wydziałem Badań i Analiz RWE. Dla nas był to po prostu reaserch, archiwum. Mieścił się w piwnicznej części naszego, polskiego skrzydła budynku. W kilku pokojach siedziało kilka osób , często żony dziennikarzy. Ich praca polegała na codziennym przeglądaniu prasy polskiej, wszystkich, dosłownie wszystkich wychodzących w Polsce gazet. W latach komunizmu na szczęście nie było tego aż tak dużo jak teraz. Dodatkowo otrzymywali oni zapisy ważniejszych audycji Polskiego Radia, albo ich streszczenia sporządzane przez dział Monitoringu. Z tej całej masy materiałów  kopiowano lub wycinano ważne z punktu widzenia pracujących tam osób i przydatne w przygotowywaniu codziennych audycji, informacje o ludziach, o zdarzeniach. Z tych wycinanek sporządzano karty osobowe. Znowu nie wszystkich Polaków, lecz osób pełniących funkcje polityczne i rządowe. Jeżeli ktoś dajmy na to awansował z sekretarza komitetu wojewódzkiego PZPR na członka KC, czy ministra to dopisywano ten fakt do jego karty osobowej. Jeżeli nagle pojawił się ktoś  w Polsce, kto mógłby okazać się ważną w przyszłości postacią,  to zakładano mu taką kartę.  Wszystko po to, by dziennikarz piszący komentarz, felieton czy przygotowujący inną formę audycji miał potrzebne mu dane. To nic nadzwyczajnego w normalnie funkcjonującej redakcji.
                Dzisiaj jest internet i bazy elektroniczne. Dawniej pozostawała napisana ludzką ręką karta osobowa. Innym zadaniem Reaserchu , czyli tego działu w którym pracował Czechowicz, było opracowywanie nie pamietam czy każdego dnia, czy co drugi dzień , powielanego biuletynu. Zawierał on zbiór najważniejszych  - zdaniem pracowników tego działu -politycznych i gospodarczych artykułów z prasy PRL. Otrzymywaliśmy to wraz z dużym plikiem / kilkadziesiąt stron/ doniesień prasowych z prasy zachodniej w językach niemieckim, angielskim, francuskim, włoskim. To było nasze podstawowe okno na świat. Z tych opracowań czerpaliśmy wiedzę o tym co się dzieje w kraju. W tych biuletynach zamieszczano również wszystkie publikacje jakie w krajowej ogólnopolskiej i wojewódzkiej prasie publikowano na temat naszych audycji i bezpośrednio o nas. Było tego dużo. Zbiór tych bzdur mam do dzisiaj w swoim archiwum.
                W tym właśnie dziale, w piwnicy naszego skrzydła budynku przy Oettingenstrasse pracował as wywiadu PRL Andrzej Czechowicz. Jeżeli dzisiaj w publikacji polskiego historyka czytam, że Czechowicz przekazał do kraju ok. 5 tys dokumentów czyli ponad 30 tys. kartek  a po te kartki i dokumenty przyjeżdżał z kraju specjalny kurier do Monachium to chce mi się śmiać. Przecież tam, w reaserchu znajdowały się fragmenty wycinanek z polskiej prasy. Do ich kopiowania czy fotografowania nie potrzebował żadnych pozwoleń, specjalnych aparatów fotograficznych czy technik szpiegowskich. Przecież te materiały każdy mógł wziąć do domu jako lekturę do poduszki.  Rozumiem, że ważne dla wywiadu PRL mogły być pierwsze przesyłki. Na ich podstawie w kraju decydenci poznali technikę pracy i funkcjonowania rozgłośni. Po co jednak kontynuowali to potem? Nie wiem czy to w ogóle jest prawdą. Przecież ta informacja ośmiesza do końca wywiad PRL.
                To co opisałem to chyba 98 procent źródeł informacji na podstawie których dziennikarze tworzyli swoje materiały i audycje. Oczywiście pozostawało jeszcze te 2 może 3 procent informacji , których źródła pochodzenia znali tylko poszczególni redaktorzy. Były to bezpośrednie spotkania z Polakami wyjeżdżającymi  na Zachód. Były to spotkania z duchownymi w poszczególnych stolicach czy miastach europejskich. Były to listy pisane przez Polaków odwiedzających swoje rodziny na Zachodzie. Były to bezpośrednie kontakty z dyplomatami czy korespondentami pracującymi w Polsce. I te informacje na pewno mogłyby być interesujące dla Czechowicza i jemu podobnych, dla PRL. Ale przecież nie byliśmy znowu tak bardzo naiwni , by takimi informacjami się z kimkolwiek dzielić. Nikt też ani z dyrekcji polskiej, ani z dyrekcji amerykańskiej nie oczekiwał od nas takich informacji. Najlepszym dowodem, że tak było są ujawniane stopniowo fakty o ludziach współpracujących z nami dopiero po zamknięciu RPRWE.
                Jest jedna dziedzina w której urzędujący w naszych zespołach agenci mieli do odegrania istotną rolę i ją odgrywali. Przekazywali oni informacje o nastrojach panujących w zespole, o wzajemnych sympatiach i animozjach. Te informacje znakomicie wykorzystywał między  innymi Jerzy Urban. Na podstawie takich informacji w Polsce, pod jego nadzorem tworzono opowieści, plotki, intrygi które trafiały często na podatny grunt i potęgowały napięcia. W szczególny sposób odczuł to Zdzisław Najder. To była najbardziej podła działalność agentury. Na szczęście przetrwaliśmy to. Czy Czechowicz także takim sprawami się zajmował? Chyba nie. Zresztą opisywane dzisiaj przez niego opowieści o żelazku w biurku, które było mu potrzebne do otwierania kopert zaklejanych taśmą - nie wyobrażam sobie by w tych kopertach były jakieś istotne informacje - to konfabulacje pana Czechowicza.  Wyobrażam sobie jak po przeczytaniu takich rewelacji pękają ze śmiechu Danusia Krajewska, Pani Wantułowa czy inne pracujące w tym dziale po kilkadziesiąt lat osoby.
                Zatem wszelkie bajdurzenia Czechowicza o znaczeniu jego misji jako szpiega w Monachium są bajeczką dla grzecznych dzieci. Generalnie opinie czy wrażenia jakie pozostawił po sobie w monachijskim zespole Czechowicz ani przez moment nie wskazywały na to , by by t prowadził jakąkolwiek podejrzaną działalność. Podobnym bajdurzeniem jest jego opowieść / jego czy historyka?/ o tym, że wracał do kraju, bo : zachodnia mentalność mu nie odpowiada, … bo człowiek bez pieniędzy tam nic nie znaczy… bo tam jest potworny egoizm…. No i wreszcie, bo miałem poczucie obowiązku…!   
I jeszcze jedno : Dzięki pomocy zwierzchników do Polski zabrał wszystko, co cenne, nawet samochód. Józef Ptaczek mi opowiadał, że z tym jego dobytkiem był właśnie największy problem. Była to przecież prywatna własność. Obowiązkiem więc RWE było opróżnić służbowe mieszkanie, a rzeczy przekazać właścicielowi. Czechowicz nie musiał się o to martwić. Jego dobytek był zmartwieniem dla służb gospodarczych RWE.
Na koniec może jeszcze dwie opowieści, które lepiej pozwolą czytelnikom ocenić osobowość naszego asa wywiadu .
Opowieść pierwsza. Podczas jednego z pierwszych przyjazdów do Polski na początku lat dziewięćdziesiątych spotkałem się z kolegą z lat studenckich. Życie swoje związał z PZPR i lewicą.  Ale kiedy spotkaliśmy się to w trakcie rozmowy opowiedział mi o tym , jak pewnego razu udał się służbowo do Mongolii do Ułan Bator. Tam odwiedzając polską ambasadę, ze zdumieniem się dowiedział, że osoba z którą rozmawia to nie kto inny, a kapitan Andrzej Czechowicz. Sprawiał przygnębiające wrażenie. Wszystkim wiadomo, że do Ułan Bator to towarzysze zsyłali niewygodnych dla siebie ludzi. Traktowano to jako banicję.
Druga opowieść. Jeden z pierwszych ministrów Spraw Wewnętrznych RP z dużą dozą niechęci w głosie, podczas spotkania z kilkoma pracownikami RP RWE przywołał dość osobliwe według niego wydarzenie. Siedział w swoim ministerialnym gabinecie, za biurkiem, przeglądając ministerialne papiery. Ktoś zapukał do drzwi. Po chwili je otworzył. Przed ministrem stanął nie młody już mężczyzna. Uderzył obcasami, zasalutował i zameldował: Panie ministrze major Andrzej      Czechowicz melduje swoją gotowość do dalszej współpracy. „ / cytuję z pamięci, może nie dokładnie, ale sens był właśnie taki/. Minister, jak opowiedział, był całkowicie zaskoczony. Oczywiście natychmiast wiedział z kim ma do czynienia. Rozmowy nie podjął. Nakazał mu natychmiast opuścić gabinet.
CZECHOWICZ WIECZNIE ŻYWY
Patrzę na opublikowane w Newsweeku zdjęcie. Zadowolony z siebie, uśmiechnięty człowiek. Z czego się cieszy? Chyba z tego, że znowu ktoś sobie o nim przypomniał. Jest przekonany, że ponownie wraca do gry. Otrzymał szansę stworzenia o sobie legendy. Ja się pytam komu jest ona potrzebna?
Najważniejsze jednak to   , że tekst pełen przeinaczeń. Opowieść o człowieku całkowicie odbiegającą od rzeczywistości.  Zawarte w tej opowieści fakty jakby ośmieszają symbol ciągłości i trwałości walki Polaków o niezależność, o prawdę, o wolność dla kraju i społeczeństwa czyli Rozgłośnię Polską Radio Wolna Europa.. To ma być dokument i prawda o ważnym fragmencie historii PRL.  Ten zbiór nierzetelności podpisuje i firmuje historyk. To jakiś skandal. Przecież jeszcze żyją ludzie którzy Czechowicza pamiętają z jego okresu pobytu w RP RWE. Zabrakło odwagi, ochoty , by zapytać, by potwierdzić ? A może z góry zaplanowano , że tak właśnie ma być.
Swieykowski
O mnie Swieykowski

Najpierw marzec i grudzień 68 i 70 w Krakowie jako student. Potem w Radio w Łodzi i w TVP W-wa jako dziennikarz. Od 1979 emigrant w Szwecji. Od 1982 dziennikarz w RP RWE w Monachium.Od 1995 działalność gospodarcza w Polsce. Od 2011 senator RP . Związany z PO.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura