Polskie kino upadło tak nisko, że musi chwalić się za granicą swymi osiągnięciami sprzed 50 lat. Przy okazji festiwalu Andrzej Wajda wyświetlał w Cannes swój Kanał. Z pewnością przyszły tłumy. Tymczasem na prawdziwym festiwalu triumf święcił inny, nowy film z Europy Wschodniej – 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni rumuńskiego reżysera Christiana Mungiu.
Film, który dziś otrzymał Złotą Palmę opowiada o szarym i trudnym życiu w komunistycznym państwie. Temat przewodni był wprawdzie uniwersalny – aborcja, lecz całe tło musiało być dla francusko – amerykańsko – azjatyckiego jury całkowicie egzotyczne. Rumuńskiego filmu oczywiście nie widziałem, więc nie będę się wypowiadał na temat jego wartości artystycznej. Śmiem jednak twierdzić, że w Cannes nagradzane są wyłącznie dobre filmy.
Widziałem za to inny film nawiązujący do losów naszej części Europy i doceniony w świecie – niemieckie Życie na podsłuchu, które dostało tegorocznego Oskara. Temat jak bardzo dla nas aktualny – współpraca z komunistyczną służbą bezpieczeństwa. Dzieło, moim zdaniem, jak najbardziej warte obejrzenia.
Widać, iż nasi sąsiedzi potrafią kręcić filmy nawiązujące do własnych doświadczeń i wychodzi im to wręcz oszałamiająco. Tymczasem Polacy? Od lat filmy naszych reżyserów nie są obecne na najważniejszych filmowych festiwalach. Polska kinematografia praktycznie nie istnieje dla zagranicznego odbiorcy. Na własny rynek potrafimy produkować kasowe filmy, tyle, że są to kalki amerykańskich szmir, ostatnio zwykle komedie romantyczne.
Najgorsze jest to, że właściwie nie wiadomo dlaczego tak się dzieje. Czemu polscy filmowcy nie potrafią opowiadać ciekawych historii na aktualne tematy? Przecież takie Życie na podsłuchu mogłoby być nakręcone w naszym kraju. Lecz miast próbować stworzyć coś nowego, wolimy się pławić w dawnej sławie. I tak zostaje nam tylko Kanał.



Komentarze
Pokaż komentarze (47)