W ostatnich latach stosunki polsko-żydowskie nie były złe. Mimo tego, iż każdy Polak „wyssał antysemityzm z mlekiem matki” w naszym kraju nie dochodziło do antyżydowskich wybryków, takich jak na przykład we Francji lub Niemczech. A stosunki między Polską a Izraelem układały się wzorcowo.
Nawet pierwsza książka Grossa o „polskich zbrodniach” – „Sąsiedzi” nie wywołała powszechnej niechęci do Żydów. Podjęliśmy poważną dyskusję o przeszłości, i niezależnie od jej oceny, była ona poważnym krokiem naprzód w zrozumieniu stopnia komplikacji wspólnej historii.
Jednakże obecnie, gdy Gross kolejny raz wmawia nam mordercze zapędy, hamulce mogą puścić. Gdy niesprawiedliwie obwinia się kogoś o wszystko co najgorsze, osoba ta w końcu zwraca się przeciw oskarżycielowi, choćby i nawet nie chciała. Takie są prawa psychologii. Podobnie może być z Polakami i Żydami.
W tej chwili nie ma w naszym kraju „prawdziwego” antysemityzmu. Lecz jeśli będzie on nam usilnie wmawiany – to faktycznie może się on pojawić. I być może o to właśnie chodzi. Pokazać światu jakim nienawistnym bydłem są Polacy.
Dokładnie tak samo było w 1946 roku. Wówczas to Sowietom zależało na kompromitacji Polski, by łatwiej ją sobie podporządkować. Dokonali prowokacji znanej obecnie jako „pogrom kielecki” i pokazali „zagrożenie” jakie stanowią Polacy. Dzięki temu mogli przedstawić się jako ci, którzy przywrócą porządek w prymitywnym państewku.
Teraz „pogrom kielecki” powraca w książce Grossa i związanej z nią medialnej histerii. Znów ktoś chce pokazać Polaków jako przepełnione antysemityzmem (i zapewne też innymi fobiami) zwierzęta, które potrzebują „światłej” opieki.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)