Lektura dowolnego podręcznika z teorii organizacji i zarządzania wystarczy, by wiedzieć, iż skuteczne decyzje może podejmować grupa licząca nie więcej niż piętnaście osób. Powyżej tej liczby konstruktywnych decyzji nie ma – jest tylko niekończąca się dyskusja. Tego właśnie możemy się spodziewać po „białym szczycie” – właśnie okazało się, iż jego pierwszy dzień to jedynie początek dwumiesięcznych negocjacji.
Nie wiadomo ku czemu rozmowy rozlicznych grup (czasem nie posiadających żadnych wspólnych interesów) mają prowadzić. Przecież ostateczne decyzje i tak musi podjąć niewielka grupa osób tworząca Radę Ministrów. Biorąc pod uwagę wypowiedź premiera kończącą dzisiejsze obrady, który zaapelował o „postawą wspólnotową”, bo „inaczej nic z tego nie wyjdzie” chodzi po prostu z społeczną legitymizację działań rządu. Taka „polityka miłości” w praktyce – wszyscy mają się zgodzić z decyzjami gabinetu Tuska, a jak nie to zrobi się z nich warchołów stojących na drodze porozumienia.
Tymczasem trzeba kolejny raz powtórzyć banalną prawdę: sytuacja w służbie zdrowia jest taka sama od lat. Platforma idąc do wyborów kładła w kampanii nacisk na konieczność reformy systemu usług medycznych. Gdy jednak zdobyła władzę, i stanęła przed realnymi problemami okazało się, że jej politycy nie mają żadnych sensownych projektów. Zresztą, bezsensownych też nie.
Platforma postanowiła zdobyć trochę czasu tworząc iluzję konsultacji społecznych (swoją drogą typowych ale konsensualnych demokracji w rodzaju Austrii i Szwecji, ale na pewno nie dla Polski), podczas których będzie starała się przerzucić odpowiedzialność na pozostałe strony.
Najgorsze jest to, iż PO taki manewr bez wątpienia się uda. W służbie zdrowia ni się nie zmieni, ale przez następne tygodnie kraj będzie żył doniesieniami z kolejnych „białych szczytów”, wierzył swojemu ofiarnemu premierowi i nabierał niechęci do „warchołów” w rodzaju prezydenta. Dobrze być Donaldem Tuskiem.


Komentarze
Pokaż komentarze (28)