Polacy to jednak dziwny naród. Co chwila zarzucamy sobie zbytnie zanurzenie w historii, lecz stale do niej wracamy. Jak właśnie udowodnił Łukasz Warzecha, kłócić się możemy nawet o wydarzenia sprzed 150 lat. Okazuje się, że każdy Polak tkwi w przeszłości chociaż trochę.
Oczywiście, nie uważam, że to źle. Odwrotnie – nie byłoby nas takimi, jakimi jesteśmy, gdyby nie konkretny przebieg dziejów naszego narodu. Bez rozbiorów, wojen, powstań i dokonywanego na nas ludobójstwa – patrzylibyśmy zapewne na świat całkiem inaczej. Nawet, gdy jakiś Polak nie ma najmniejszego pojęcia o przeszłości kraju, to przecież jego los jest w dużym stopniu zdeterminowany przez wydarzenia sprzed lat.
Łukasz Warzecha sugeruje, iż najczęściej wpadaliśmy w tarapaty na własne życzenie, czego dowodem jest powstanie styczniowe: Była to po prostu głupota w najczystszej, najbardziej wydestylowanej postaci. Kretyńska bohaterszczyzna, dzieło nieodpowiedzialnej grupki niepoważnych zapaleńców, z których jeden był nawet uprzejmy szybciutko zginąć w pojedynku, zamiast wziąć na siebie choć odrobinę odpowiedzialności za katastrofę, jaką wywołał.
Przedstawiając swoją opinię na temat powstania komentator „Faktu” pomija całkowicie kontekst wydarzeń. Rzecz jasna, ten zryw był jak zwykle spontaniczny i nie zaplanowany. Niemniej jednak wynikał z nastrojów społecznych determinowanych przez niezwykła brutalność rosyjskich władz, które zresztą od pewnego momentu wiedziały, iż spowodują w ten sposób zbrojny zryw. Kozacy rozbijali pokojowe demonstracje i dokonywali masakr bezbronnych ludzi. W Królestwie wprowadzono stan wojenny i wypleniano wszelkie oznaki polskości. Czy należy się dziwić ludziom, którzy mieli dość?
Głupim powstańcom Warzecha przeciwstawia rozsądnego Aleksandra Wielopolskiego: W sferze realistycznych działań margrabia Wielopolski uzyskał dla nas ile tylko się dało, jakby zapominając, że to decyzja szefa Rady Stanu o rozpoczęciu branki była bezpośrednim powodem wybuchu powstania. Co z tego człowieka był za polityk, jeśli w momencie panującego w kraju najwyższego napięcia zarządza pobór do rosyjskiego wojska (co praktycznie oznaczało 25 letnią zsyłkę) kilkunastu tysięcy najbardziej zaangażowanych politycznie młodych mężczyzn? Wielopolski naprawdę myślał, że oni potulnie pojadą na Kaukaz?
Wszystko to zostało zmarnowane przez garstkę politycznych szaleńców, którzy w gruncie rzeczy uzurpowali sobie prawo do reprezentowania narodu, pisze Warzecha. I tu znów popełnia błąd ahistoryczności. Naród niemal powszechnie opowiedział się za powstańcami. Tyle, iż w tym czasie pojęcie narodu nie było równoznaczne ze wszystkimi mieszkańcami Polski. Czy chłopi byli świadomymi Polakami? Raczej nie. Dlatego też w większości woleli grabić trupy, niż walczyć.
Generalnie zgadzam się ze słowami, iż Etos bezmyślnej brawury, utrwalany przez bezkrytyczny kult polskich powstań, uważam za tak szkodliwy, że przeciwstawianie się mu jest dla mnie rodzajem chlubnej pracy organicznej, godnej konserwatysty. Czasem jednak walczyć po prostu trzeba. W innym przypadku można po prostu żyć, pracować i się bogacić. Skoro jednak ktoś chce być Polakiem, to musi czasem za to zapłacić życiem. Tak to już jest. I tak było właśnie wtedy, w 1863 roku.


Komentarze
Pokaż komentarze (50)