Lech Wałęsa jest prymitywem, ale prymitywem znającym się trochę na polityce. Radzę więc zwrócić uwagę na jego powtarzające się wypowiedzi o konieczności opanowania sytuacji w Polsce przy pomocy stanu wyjątkowego (przed chwilą powtórzył to znowu w TVN24). Tym razem to chyba nie typowy dla byłego prezydenta bełkot, lecz objaw intuicji politycznego zwierzęcia.
Wałęsa mówi głośno to, czego boją się powiedzieć politycy koalicji - związkowe protesty postawiły rząd pod ścianą. Owszem, istnieje duże prawdopodobieństwo, iż OPZZ i Solidarność są inspirowane przez partie polityczne (znaczy SLD oraz PiS), lecz nie zmienia to faktu, że mogą one w ciągu kilku miesięcy unieruchomić kraj. Być może do Donalda Tuska to nie dociera, ale Wałęsa już to rozumie - nic nie powstrzyma kolejnych protestów. Bo są one po prostu zbyt opłacalne politycznie.
Rząd ma trzy drogi działania. Pierwszą - wziąć strajkujących na przetrzymanie. To by miało sens, gdyby nie to, że koniec protestu jednej grupy zawodowej będzie oznaczał strajk kolejnej. Znowóż wybranie drogi drugiej - czyli spełnianie postulatów zwiazkowców będzie oznaczać niemal automatyczny wybuch strajków we wszelkich innych branżach. Pozostaje droga trzecia, tak naprawdę jedyna skuteczna (Wałęsa przekonał się o tym kilka razy na własnej skórze) - twarde rozprawienie się z protestującymi. Czy jednak ideologów "polityki miłości" na to stać?
Oczywiście jest jeszcze czwarte rozwiązanie: cud. Polityczny manewr, którego nikt się nie spodziewa, a który pozwoli Platformie wyjść z kryzysowej sytuacji bez szwanku. Wałęsa, od pewnego czasu "moralny" patron PO, najwyraźniej nie wierzy w cudotwórcze możliwości swoich podopiecznych i zamiast nich wybiera policyjne pałki. To nawet zabawne, ale chyba nikomu z nas nie jest do śmiechu.


Komentarze
Pokaż komentarze (42)