Jednym z (a być może jednym) plusów obecnego parlamentu jest nikłe znaczenie polityków, dla których religia była ważniejsza od interesu Polski. Nie ma już Piłki, Zawiszy, Jurka, a w ramach PiS do Sejmu dostało się stosunkowo niewiele innych pupilków Radia Maryja. Dzięki temu nie jesteśmy skazani na ciągłe wysłuchiwanie lamentów o aborcji, antykoncepcji, pornografii i ogólnym moralnym upadku społeczeństwa.
Markowi Jurkowi ostał się tylko blog. Skutecznie ukazuje na nim jak zabójcza dla polskiej prawicy była logika stosowana przez jego środowisko. Na przykład dziś, były marszałek Sejmu, zauważa, iż ratyfikowanie traktatu reformującego nie byłoby dobre dla Polaków. Całkiem słuszne spostrzeżenie. Niestety, z dalszej części wywodu Jurka wynika, że utożsamia on sprzeciw wobec traktatu z katolickością. Głosując za tym dokumentem (co przecież nie jest pewne) PiS ma jakoby stracić „prawicowy elektorat katolicki”. A ja się pytam: dlaczego po prostu nie prawicowy elektorat? Nie trzeba wychodzić z założeń religijnych, by sprzeciwiać się ratyfikacji traktatu. Bo jest on, po prostu, niezbyt korzystny dla naszego kraju. To, jak w nim są pojmowane kwestie moralne jest akurat najmniej ważne.
Niestety, dla Jurka najważniejsza jest właśnie religia, nie interes państwa. Gdyby traktat był dla nas super korzystny, ale dalej nie spełniałby rygorystycznych zasad katolickiego fanatyka – Marek Jurek byłby przeciw.
Taka postawa oczywiście nie jest korzystna dla polskiej prawicy. Po pierwsze nie każda osoba o poglądach prawicowych musi cenić akurat wartości katolickie. Po drugie skuteczna realizacja celów politycznych wymaga czasem pewnej elastyczności moralnej. Tymczasem zbytnie przywiązanie do religii takową elastyczność wyklucza, co zresztą rok temu udowodnił sam Marek Jurek.


Komentarze
Pokaż komentarze (42)