I oto nadeszła ta chwila. W oddali, pomiędzy budynkami na niemieckim brzegu, dostrzeżono oczekiwaną postać.
Jechał na śnieżnobiałym koniu. Jego garnitur był nienagannie skrojony, włoskie buty błyszczały w słońcu. Gdy się przybliżył, dostrzeżono Jego piękną, dostojną twarz. Wzrok utkwił w dali, jakby widział coś, czego nie mogą zobaczyć inni. Z pewnością tak właśnie było.
Za Nim maszerowali powracający emigranci. Rzeka ludzi toczyła się z Zachodu, w ślad za swym Przewodnikiem. „Oto Ten, który nas wyprowadził z domu niewoli" - szeptali z uwielbieniem niedawni zesłańcy Londynu, Manchesteru i Glasgow.
Gdy Jeździec wjechał na most, zdało się, że jego postać jaśniej mocniej niż słońce. Tłum na polskim brzegu zadrżał z euforii. Kobiety krzyczały w ekstazie. Mężczyźni płakali i podnosili w górę dzieci. Jeździec spojrzał na swój lud i rzekł:
- Imię moje Czterdzieści i Cztery!
***
Kazimierz Marcinkiewicz obudził się i westchnął smutno. Spojrzał za okno - za szarą zasłoną deszczu zobaczył nadal ten sam ponury pejzaż londyńskiego City. Niechętnie odebrał telefon. Znów z „Dziennika" dzwonią. Spokojnym głosem udzielił wywiadu.
***
Ktoś powiedział, że największą krzywdą urządzoną Marcinkiewiczowi przez Kaczyńskiego było uczynienie go premierem. To prawda.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)