Przeciwnicy Traktatu Lizbońskiego zarzucają jego twórcom działania na polu inżynierii społecznej. To fakt - w Europie trwa właśnie hodowla „nowego człowieka", a wprowadzenie systemu politycznego konstruowanego w zapisach TL jest kolejnym elementem wielkiego socjotechnicznego programu.
Czy jednak zamierzenia stosunkowo wąskiej brukselskiej kasty muszą się udać? Skąd pewność, iż to oni wygrają walkę o ludzkie umysły i faktycznie stworzą swojego socjal-liberalnego „Europejczyka"? Może to właśnie unijne urzędnicze elity są oderwane od rzeczywistości i pisząc dokument idący tak daleko jak TL kręcą sznur na własną szyję?
Wystarczy przejechać się po kilku krajach Unii, by zobaczyć, iż nacjonalizmy są tam ciągle żywe, a i tolerancja ma swoje granice. W Brukseli mogą produkować setki ton dokumentów zmuszających o politycznej poprawności, ale nie zmienią one mentalności ludzi, którzy żyją w prawdziwym, pełnym nieprzekraczalnych różnic świecie.
Owszem, eurosocjaliści i biurokraci zdobyli na pewien czas przewagę i wpłynęli na mentalność całości unijnej klasy politycznej. Nie znaczy to jednak, iż wygrali. Jeśli proponowany przez nich w Traktacie Lizbońskim system nie zafunkcjonuje, to szybko rozleci się jak domek z kart. I tak się stanie, gdyż jest po prostu za wcześnie na prowadzenie Europy drogą, o jakiej marzą komisarze z Brukseli. Forsując TL pośpieszyli się i wkrótce za to zapłacą.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)