W 2005 roku społeczeństwa dwóch państw członkowskich Unii Europejskiej opowiedziały się w demokratycznych głosowaniach przeciwko ratyfikacji tzw. traktatu konstytucyjnego. Było to zgodne z prawem Francji i Holandii, oraz zgodne z przyjętymi wcześniej zasadami przyjęcia tego dokumentu. Politycy coś wymyślili, wyborcy to odrzucili - i to przy wysokiej frekwencji oraz aktywnie prowadzonej kampanii informacyjnej. Gdzie tu powód do winy? Raczej do dumy - przecież mieliśmy do czynienia z demokracją w działaniu.
Holendrów, a zwłaszcza Francuzów uznano jednak za narody idiotów i hamulcowych jakże potrzebnego procesu europejskiej integracji. Stwierdzono, że muszą się oni wstydzić, a ciemnemu ludowi już nigdy nie da się okazji do robienia tak haniebnego użytku z demokracji.
Następnie, europejscy politycy zrobili coś całkiem bezczelnego, czego się jednak najwyraźniej w ogóle nie wstydzą: poskracali trochę dokument odrzucony przez Francuzów i Holendrów, nadali mu inna nazwę, i po dwóch latach znów rozpoczęli proces jego ratyfikacji. Tym razem sprowadzając demokratyczne środki do minimum.
Teraz, gdy jedna z polskich partii politycznych rozpoczęła w demokratycznie wybranym parlamencie dyskusję na temat wątpliwości budzonych przez traktat - teraz Polakom przypomina się o poczuciu winy jakie będą mieli wobec Europy. Tak jakby dokument sporządzony przez grupkę unijnych urzędników był Objawieniem, od którego nie można odstąpić na milimetr.
Czemu ktokolwiek ma się czuć winny, jeśli zgodnie z demokratycznymi zasadami jakiś dokument nie zostanie uchwalony? Dlaczego jakiekolwiek państwo ma się czuć zbrukane, że jego obywatele lub politycy myślą inaczej niż większość (jeśli w ogóle jest jakaś większość)? Skąd przekonanie, iż nie ma innej drogi niż traktat lizboński? Dlaczego konieczność jego ratyfikacji ma być ważniejsza niż zasady demokracji?


Komentarze
Pokaż komentarze (21)