Pamiętam jednak niedawną gorącą dyskusję o Kosowie i wydaje mi się dziwne, że nikt nie nawiązał jeszcze do wydarzeń sprzed kilkunastu dni. Pisano wówczas wiele o wyjątkowej hipokryzji Zachodu, który uparł się zabrać Serbom ich historyczną prowincję, gdy tymczasem w innych częściach świata nie jest taki chętny do pomocy uciskanym mniejszościom.
I oto możemy dziś obserwować posuniętą do skrajności hipokryzję państw, które niedawno prześcigały się w uznawaniu niepodległości Kosowa. Jak zwykle, gdy w Tybecie wybuchają zamieszki, nikt nie spieszy z pomocy mordowanym mieszkańcom kraju w Himalajach.
A przecież Tybet to państwo, które istniało przez ponad tysiąc lat i zostało podbite przez Chiny przy złamaniu wszelkich zasad prawa międzynarodowego. W przypadku Tybetańczyków nikt nie ma wątpliwości co do słuszności ich aspiracji. Tylko, że nie mogą być one spełnione, bo okupantem Tybetu nie jest malutka i słaba Serbia, ale potężne militarnie oraz gospodarczo Chiny.
Jestem przekonany, że demonstracje w Tybecie to dopiero początek. Już od kilkunastu lat siły niepodległościowe nie podejmowały w tym kraju większych akcji. W tym czasie Chińczycy prowadzili intensywny proces wynaradawiania Tybetańczyków. Jeszcze kilka lat i ostatecznie rozwiążą kwestię tybetańską. Dlatego Tybetańczycy mają swoją ostatnią szansę właśnie teraz - gdy z powodu Olimpiady cały świat patrzy na Chiny. Sami nie mają szans z wielkim imperium, muszą więc skłonić do pomocy demokratyczne państwa. Będą dawać się zabijać, byle tylko zdjęcia chińskich mordów przedostawały się do prasy.
Tybetańczycy wiedzą, że nie ma dla nich innej szansy, jak tylko wzbudzić litość Zachodu - naiwna taktyka, ale jedyna możliwa. Czy im się uda? Wątpię. Gdy chodzi o miliardy dolarów demokratyczni politycy mają serca równie twarde jak orientalni despoci.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)