Tymczasem Kaczyński stanął na przekór „historycznej konieczności". Ma swoją wizję i podjął się jej realizacji. To jest cecha prawdziwych przywódców - powiedzieć „nie", gdy inni mówią „tak". Oczywiście stado owiec nazywane przekornie „polską klasą polityczną" drwi z prezydenta i wskazuje na wyniki badań opinii publicznej - Polacy są jakoby całkowicie przekonani do traktatu lizbońskiego, mimo iż nie wiedzą co to jest. Dla populistów w rodzaju Komorowskiego lub Niesiołowskiego ma to być dowód głupoty Kaczyńskiego, który powinien siedzieć cicho.
Lecz to jest właśnie to, czego populiści z Platformy nigdy nie zrozumieją. Wielkość polityka nie polega na sprawności w schlebianiu masom, ale na narzucaniu im nowych sposobów myślenia. Mężami stanu zostają politycy, który potrafią poradzić sobie nie wtedy, gdy są przez tłum wielbieni, ale wówczas, gdy muszą przekonać miliony do swoich słów.
Zapowiadając, iż nie podpisze ustawy ratyfikacyjnej Lech Kaczyński wykazuje kolejną cechę prawdziwego przywódcy - podejmuje osobiste ryzyko. Nasza Konstytucja jest wprawdzie dziurawa, ale jej wykładnia do tej pory była w miarę jednoznaczna - prezydent powinien ratyfikować umowy międzynarodowe. Nie znaczy to, że Kaczyński jest na straconej pozycji. Tak naprawdę interpretacja roli prezydenta w porządku konstytucyjnym kształtuje się dopiero teraz. Gdyby jednak Kaczyński przegrał, jego przeciwnicy nie omieszkają wykorzystać sytuacji i postawić go przed Trybunałem Stanu.
Trochę niespodziewanie Lech Kaczyński podjął grę, która może skończyć się dla niego bardzo źle, albo też dać mu spektakularny triumf. Lecz bez wątpienia prezydent udowadnia właśnie, że jest politykiem wyróżniającym się swoim formatem od karłów naszego życia publicznego. I jeśli ktoś z naszej epoki ma trafić w przyszłości do podręczników historii jako przykład męża stanu, to właśnie on.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)