Można powiedzieć, że redaktor Warzecha ma całkowitą rację. Przecież tak właśnie myślą przywódcy większości państw świata. Zanim jednak pogratulujemy komentatorowi „Faktu" iście makiawelicznego umysłu przypomnijmy sobie co pisał on ledwo miesiąc temu: Nie jestem Serbem. Ale zwyczajnie, po ludzku, żal mi Serbów. Gdy Unia Europejska i USA, nasi najwięksi sojusznicy, opowiadali się za wolnym Kosowem, Warzecha użalał się nad biednymi Serbami i oburzał na polski rząd planujący uznanie niepodległości prowincji. Wtedy nie myślał o pragmatyzmie i sercem opowiadał za Serbami.
Dlatego dziś mam wątpliwości, czy pisząc o Chinach Łukasz Warzecha faktycznie jest pragmatykiem, czy tylko dobrze takiego udaje. Przede wszystkim nie rozumiem skąd jego (i nie tylko jego) przekonanie, że to w ogóle dobrze, iż, jak sam to określa klanowo-mafijna organizacja biznesowa w postaci Komunistycznej Partii Chin ma odgrywać kluczowe znaczenie w światowej gospodarce. A na drodze ku temu właśnie jesteśmy.
Pieniądz to broń, a Chińczycy mają tej broni coraz więcej i wiedzą jak z niej robić użytek. Zdobywają w świecie coraz to nowe przyczółki, zmuszając do milczenia kolejnych polityków, którzy przecież muszą myśleć „pragmatycznie". Tylko czy faktycznie pragmatycznym jest oddawanie władzy nad światem reprezentantom totalitarnego reżimu?
Warzecha pisze (zupełnie tak samo jak Azrael), że Chiny nigdy nie będą demokracją w europejskim znaczeniu tego słowa. Chińska tradycja i kultura polityczna po prostu nie zna tego pojęcia. Nie wiem czy to prawda, ale faktem jest, iż to popularny sposób wyjaśniania sytuacji w Chinach. Czy też raczej usprawiedliwiania własnej bezsilności wobec panującego tam bezprawia.
Redaktor „Faktu" kończy swój wpis optymistycznie, stwierdzając, że na skutek rozwoju ekonomicznego w Chinach muszą się przecież kiedyś dokonać zmiany społeczne. Nie wiem jednak, czy Chińczycy byliby zadowoleni z protekcjonalnego tonu Warzechy: Trzeba je wciągać do współpracy, pokazywać korzyści z niej, traktować jak partnera. Dlaczego mocarstwo, za które się uważają, i którym są miałoby się przejmować wpływem mieszkańców tego malutkiego cypelka na zachodnim krańcu Azji? To oni przecież dyktują warunki!
W przekonaniu, że pod wpływem kontaktów z Zachodem Chiny się zmienią, nie ma pragmatyzmu, a jedynie naiwność. Już teraz widać przecież wyraźnie, że to Zachód podwija ogon, gdy tylko Chiny tupną. To Zachód boi się powiedzieć cokolwiek krytycznego o masakrach w Tybecie i karnie stawi się na propagandowym widowisku, jakim będzie olimpiada w Pekinie. To firmy z Zachodu (jak np. Google) robią wszystko, by przypodobać się komunistycznej mafii, a nie odwrotnie.
Zastanówmy się więc - kogo wartości są ekspansywne? Kto kogo zmienia? Kto jest pragmatyczny? My, żałośni w swym strachu przed Państwem Środka, czy Chińczycy, otrzymujący od świata dokładnie to, czego chcą?


Komentarze
Pokaż komentarze (22)