Łudzić się, że nasza moralna postawa wpłynie na ewentualną demokratyzację Chin także nie ma co. Prędzej u nas zapanuje system zbliżony do chińskiego. W polityce wygrywają silniejsi, a moc Pekinu rośnie niemal z dnia na dzień.
Mamy teraz dwa wyjścia. Albo pogodzić się z tym, że nic nie jesteśmy w stanie zrobić, albo uczynić jedyną rzecz, która może uderzyć w chiński reżim. Przestać kupować towary wyprodukowane przez chińskie firmy.
W Polsce nie musimy się zbytnio obawiać reperkusji ze strony Chin. Nasza wymiana handlowa z tym krajem jest skrajnie niekorzystna. W 2005 roku nasz eksport do Chin wyniósł niecałe 600 mln dolarów, gdy tymczasem import z tego kraju wyniósł ok. 5,5 mld. Prawie dziesięć razy więcej. Komu bardziej zależy więc na kontaktach handlowych?
Pojedynczy ludzie nie są oczywiście stanąć naprzeciw potężnego gospodarczego imperium. Jest jednak środowisko, które może wiele. To dziennikarze. Wymuszają właśnie na sportowcach deklaracje sprzeciwu wobec Chin, gdy tymczasem władze w Pekinie najmniej przejmują się ewentualnymi incydentami podczas Olimpiady. Każdy zagraniczny sportowiec może podczas zawodów wymachiwać flagą Tybetu, byle tylko jego rodacy nadal kupowali chińskie produkty. Bo to eksport tworzy obecną potęgę Chin.
Apeluję więc nie do sportowców, nie do PKOl, nie do polityków, ale właśnie do polskich dziennikarzy: Wy możecie wesprzeć jedyną inicjatywę zdolną faktycznie wpłynąć na stanowisko Chińskiej Republiki Ludowej! Wy możecie wskazać Polakom jakich produktów nie należy kupować w geście sprzeciwu wobec chińskiej polityki! Musicie prosić o czyny, nie o słowa!
Nie chodzi, rzecz jasna, aby w ogóle nie kupować chińskich produktów. Jest to niewykonalne, a większość konsumentów po prostu nie może sobie na to pozwolić. Jednak często istnieje rozsądna alternatywa dla chińskiego produktu. Gdy można wybrać - nie kupujmy chińskiego. Patrzmy na metki i nie wspierajmy morderców.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)