Fakt, to żadna nowość - Kisielewski bazuje na materiałach znanych od dawna i opisywał to już w Zabójcach - dziele nt. zamachu na premiera Władysława Sikorskiego (w Katyniu jedynie powtarza fragment Zabójców). Niemniej, właśnie losy rotmistrza Edwarda Koźlińskiego powinny budzić zainteresowanie historyków oraz publicystów. A nie budzą.
Historii Edwarda Koźlińskiego nie stworzyłby żaden scenarzysta. Koźliński nie dostał się do niewoli podczas kampanii wrześniowej. Został aresztowany przez Sowietów w lutym 1940 roku i umieszczony w smoleńskim więzieniu, gdzie oficerowie wywiadu próbowali wyciągnąć od niego informacje nt. złota zakopanego w jego dawnym rodzinnym majątku w 1918 roku. Posiadłością Koźlińskich były Iwiszcze, leżące w pobliżu... lasu katyńskiego.
Na początku maja Rosjanie zabrali Koźlińskiego na „wizję lokalną". Miał im po prostu pokazać w terenie miejsce zakopania skarbu. Była wiosna. Polski oficer wędrował z sowieckimi po lesie. W pewnej chwili wyszli na dużą polanę i ujrzeli dwie wielkie zbiorowe mogiły, jedną otwartą. Koźliński zobaczył polskie mundury oblekające ciała z przestrzelonymi głowami.
Rotmistrz powinien zginąć, ale Rosjanie nie zastrzelili go od razu, tylko zamknęli w areszcie na stacji w Gniezdowie. Stamtąd Polak uciekł, uwolniony przez sprzątaczkę (przekupioną swetrem). Po kilku dniach (opis jego perypetii w książce Kisielewskiego) dotarł do Białegostoku i przekazał informacje o tym co widział własnemu synowi, kurierowi ruchu oporu. Ten, jeszcze w maju, przekazał zdobytą wiedzę do Londynu. Sam Edward Koźliński również próbował przedostać się do Anglii, lecz zaginął w drodze.
Polski wywiad poradził sobie jednak bez jego osobistej relacji. Jeszcze w maju zdobył kopie raportu NKWD nt. przebiegu egzekucji Polaków. Tym samym nim w Katyniu i innych miejscach straceń umilkły strzały, Władysław Sikorski wiedział już o masakrze.
Polski premier postanowił jednak milczeć. Obawiał się, iż informacje o sowieckim bestialstwie skłonią mieszkańców okupowanego kraju do kolaboracji z Niemcami. Wiosną 1940 roku terror Niemców nie był bowiem jeszcze tak silny, by odstraszać od myśli o współpracy. I to kolejny tragiczny aspekt Katynia. Sami Polacy musieli ukrywać prawdę o sowieckiej zbrodni, gdyż tego wymagała nasza racja stanu.


Komentarze
Pokaż komentarze (23)