Jak słusznie zauważył Antoni Macierewicz, przed Trybunałem Stanu można by postawić kilku polityków już po publikacji głównej części raportu - ponad rok temu. Dodajmy - gdyby była taka wola wśród polityków. Prawda jest taka, iż w Polsce przed Trybunałem Stanu nikt nie stanął i nigdy zapewnie nie stanie, a publikacja raportu w 2007 roku zakończyła się jednym wielkim medialnym zamieszaniem. I niczym więcej.
Dziennikarze, rzecz jasna, liczą na kolejną awanturę. Cóż, można by powiedzieć - z tego przecież żyją. Już dawno wiadomo, iż nasze media mają władzę, lecz nie chcą nic słyszeć o odpowiedzialności. Najlepiej zrozumieli to politycy PO i do mistrzostwa doprowadzili sposoby podrzucania reporterom barwnych bon motów.
Wypowiedź marszałka Komorowskiego (jako jednego z „zagrożonych" TS) jest kwintesencją tego, czego oczekują obecnie od polityków dziennikarze. W kilku zdaniach:
- zaatakował swego adwersarza personalnie (Macierewicza): to śmieszne zarzuty śmiesznego człowieka; jaki autor, taki raport,
- nie powiedział nic o sobie, tylko zaatakował PiS: Akurat ja mogę coś powiedzieć na temat budowy nieformalnych struktur z udziałem służb specjalnych w BBN na początku lat 90., kiedy ściągnięto tam siedmiu oficerów WSW. Ale jak rozumiem, z tego nie czyni się zarzutu, bo dotyczyłoby odpowiedzialnych za raport polityków PiS,
- zakończył ponownym ostrym personalnym atakiem: Macierewicz skończy w politycznym piekle.
Zapewne już wieczorem tylko tyle zostanie z poranka. Jedno barwne zdanie, w którym jeden polityk obraza drugiego. Kolejny akt rozgrywanego w Sejmie spektaklu. O tło tego wszystkiego nikt już nie będzie pytał. A na pewno nie dziennikarze.


Komentarze
Pokaż komentarze (25)