O przyszłości lewicy ostatnio sporo się dyskutuje. Jak wiadomo, jej nowym mesjaszem jest Sławomir Sierakowski. I on to właśnie nawiedził moje rodzinne miasto. Spóźnił się jak zwykle, wiec miałem okazję posłuchać narzekań lewaków, których sukces w postaci wyrzucenia PD z LiD bynajmniej nie zachwycił:
- Już wariują z tym Sierakowskim. Hagiografie mu piszą, a co on niby takiego zrobił?
W końcu „Sławek" przyszedł, zresztą sam, bo swoje przybycie odwołał zapowiadany wcześniej prezydent Rafał Dutkiewicz. „Z przyczyn obiektywnych", podobno.
Sierakowski, nie bójmy się tego powiedzieć, zaczął z początku niesamowicie przynudzać. W dodatku pytania zadawał mu kolega z redakcji, co od początku wzbudziło oburzenie czytelników „Krytyki". Zacząłem rozglądać się po sali i skonstatowałam, iż wśród obecnych (niezbyt licznie) młodych kobiet nie ma żadnej blondynki. Skupiłem się na rozważaniach nad tą kwestią (lewicę wolą brunetki? prawica jest dla blondynek? a co z rudymi?), gdy debata (czy raczej monolog) mocno się ożywiła.
Sierakowski wspomniał mianowicie o wiadomym zakłamaniu Polaków, którzy nielegalnie skrobią swoje kobiety na potęgę, a nie chcą głosować na lewicę. To wywołało na sali krótka, ale rzeczową dyskusję:
- A aborcja nielegalna trzy tysiące kosztuje!
- Teraz już cztery!
- Aż cztery?
- Dokładnie!
Co ciekawe, głos zabrały panie w wieku już mocno poprodukcyjnym (jedna się potem okazała emerytowaną anarchistką). Redaktor akurat tutaj nie podjął tematu i zaczął dalej nudzić, budząc coraz większe zniecierpliwienie publiczności.
Dopiero po godzinie głos zabrała reprezentantka Polskiej Partii Pracy, oburzając się (słusznie, moim zdaniem) na ciągłe używanie przez Sierakowskiego terminu „wykluczeni", którym opisywał on elektorat „populistów" (czyli PiS). Zwróciła uwagę (jako pierwsza, ale nie ostatnia), iż z takim podejściem lewicy nigdy nie uda się zdobyć przychylności wyborców. Następnie zaapelowała o ponowne (?) rozpoczęcie walki klasowej (to już było słabe).
Sierakowski próbował się bronić, ale nieudolnie. Ze spotkania rok temu zapamiętałem go jako pełnego żaru rewolucjonistę, który sekundował Rafałowi Chwedorukowi w jego marzeniach o demolowaniu wozów policyjnych. Teraz jest już mocno ugładzony. Cóż, nie tylko władza, ale nawet wpływ na polityków opozycji - korumpuje.
Jak bardzo uspokoił się Sierakowski, zobaczyliśmy po chwili. Na salę wtoczyli się bowiem poszarpani anarchiści - wprost po walce z NOP oraz ONR (warto wspomnieć, iż do tego momentu nikt nawet nie wspomniał o tym, co działo się na mieście).
- Nasi koledzy siedzą właśnie na komendzie - rzekł brodaty anarchista - a wy tutaj jak gdyby nigdy nic siedzicie? Ich najpierw neonaziści stłukli, a potem policja zamknęła!
- A co mamy robić? - Sierakowski spojrzał zimno. - Bić się? Ja preferuję raczej siedzenie za biurkiem.
- Ja też - anarchista pokiwał głową - Ale czasem trzeba zza niego wyjść!
- Wolę pozostawić państwu walkę z neonazistami - wzruszył ramionami redaktor, wzbudzając na sali szum.
- Tym kiepsko opłacanym policjantom? - oburzył się ktoś.
- Dlatego trzeba podwyższyć podatki - wskazał rozwiązanie Sierakowski.
Rok temu, opuszczałem spotkanie lewicy pełen obaw. Wyglądało na to, iż faktycznie są zdeterminowani i mają swoją wizję. Teraz mają jednego nowego Michnika i kolejne pączkujące frakcje. Możemy być optymistami.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)