Proszę się od razu nie oburzać - nie zamierzam w tej chwili wartościować użycia terroru. Jest faktem, iż przemoc bardzo często staje się narzędziem polityki. A są tacy, których wybuch bomby na Czerskiej raczej by nie zmartwił.
Tym bardziej, iż precedensy już są. Podczas fali lewackiego terroryzmu w latach siedemdziesiątych, liberalne media były uznawane przez RAF, czy też inne Czerwone Brygady za jednego z głównych przeciwników. Redakcje gazet atakowano tak samo, jak np. organizacje przedsiębiorców.
Jeżeli przyjąć za prawdziwy obraz sytuacji, w którym znaczna cześć mediów służy do promowania działań niezgodnych z polską racją stanu - to wówczas fizyczny atak na dziennikarzy może się dla kogoś stać wręcz koniecznością. Skoro dziennikarze mają w sobie tyle złej woli, pomyśli ktoś, to niech się zaczną bać.
I czy to nawet nie byłoby logiczne? Jeśli w kraju trwa walka, to w pewnym momencie musi ona osiągnąć kolejny poziom. Zwłaszcza wtedy, gdy dotychczasowe metody nie przynoszą jednej ze stron sukcesu. A przecież w tej chwili triumf mediów jest całkowity i mały bojkocik chyba tego nie zmieni.
Właśnie taka logiką posługiwał się kiedyś w Niemczech RAF. Jest nas mało, ale brutalnym działaniem wpłyniemy na społeczeństwo. Obudzimy je. A czyż nie tego chcą przeciwnicy „matrixa"? Przebudzenia? Wstrząsu? Gdy więc ujrzą, że pokojowe akcje nie dają żadnych efektów - zaczną rozważać inne warianty.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)