Obecny plan wygląda na dokładne powtórzenie scenariusza z lat dziewięćdziesiątych - sprzedajemy to, co inwestorzy chętnie kupią - czyli firmy nowoczesne, po restrukturyzacji, generujące dochody i nie wymagające specjalnych nakładów. Zostawiamy zaś sobie przedsiębiorstwa zadłużone, przepełnione związkowcami i wymagające setek milionów złotych na modernizację.
W efekcie, nie dość, iż państwo traci dochody, to pozostałe przy nim molochy ciągną budżet na dno niczym przywiązane do nóg kamienie. Bo oczywiście rząd ma dość odwagi by oddać bogate firmy, ale zaczyna jej brakować, gdy trzeba zadecydować o losie przedsiębiorstw przynoszących gigantyczne straty.
Sprzedać udziały np. w PZU to żaden problem, i żaden sukces. Zagraniczni inwestorzy tylko na to czekają. Prawdziwe wyzwanie, to zrobić coś np. z kopalniami. Jakoś nie widzę Kompanii Węglowej na liście przedsiębiorstw do prywatyzacji. A przecież jej utrzymanie kosztuje budżet co roku miliardy złotych. Teraz te wydatki są chociaż częściowo uzupełniane przez zyski z innych spółek Skarbu Państwa. Co się jednak stanie, gdy ich zabraknie?
Nasi „liberałowie" uwielbiają powoływać się na reformy Margaret Thatcher, która dokonała prawdziwej rewolucji w brytyjskich finansach publicznych. Tyle tylko, że ona wiedziała, iż najpierw trzeba się pozbyć (przez sprzedaż lub likwidację) tych państwowych firm, które generują straty. Co jest zresztą dosyć logiczne z biznesowego punktu widzenia. Niestety polska logika polega na zastępowaniu zysków - stratami. I cieszeniu się z tego.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)