Partia Donalda Tuska starała się wytworzyć obraz głowy państwa, która pełni jedynie funkcje reprezentacyjne i nie ma żadnego wpływu na rządzenie. Faktem jest, że wg konstytucji z 1997 roku uprawnienia prezydenta są niewielkie. W dodatku twórcy ustawy zasadniczej utopili ją w gąszczu dwuznaczności. Ale jednak prezydent dysponuje pewnymi określonymi kompetencjami. Między innymi na wniosek Ministra Obrony Narodowej, nadaje określone w ustawach stopnie wojskowe.
W tym kontekście zachowanie Lecha Kaczyńskiego jest całkowicie logiczne. Dlaczego ma biernie podporządkowywać się poleceniom płynącym z rządu, skoro zgodnie z konstytucją ma prawo do własnych decyzji?
Podobnie rzecz się ma z kwestią podpisania traktatu lizbońskiego. To wina autorów konstytucji, a nie prezydenta, że istnieje spore pole do interpretacji ustawy zasadniczej. To, że prawnicy wypowiadają się tak, albo inaczej - nie ma większego znaczenia (zwłaszcza, iż rzadko kiedy mówią jednym głosem). Czy to do prawników należy decydowanie o kształcie polskiego sytemu politycznego? W takim razie po co było pisać konstytucję?
Oczywiście, sytuacja w której podstawowy akt prawny dużego europejskiego państwa jest pełen dziur znacznie odbiega od normalności. Tym bardziej więc różniąc się w opiniach siły polityczne powinny ze sobą rozmawiać w sposób kompromisowy. Niestety, Platforma zna tylko język siły i przez dyskusję rozumie wyłącznie uznanie swej woli.
Widać to szczególnie w przypadku Lizbony - ostatecznie zarówno politycy PiS, jak i prezydent przystali na ratyfikację. Zawarto słynny już „kompromis helski". Warunek był wszakże jeden - opracowanie ustawy, która zabezpieczy polskie interesy... w samej Polsce. Tusk się zgodził, traktat przepchnięto - a teraz okazuje się, że prezydent ma siedzieć cicho i natychmiast Lizbonę podpisać.
Oczywiście, w razie oporu, to Lech Kaczyński zostanie, jak zwykle, okrzyknięty warchołem, w dodatku chorym i alkoholikiem. Do dyskusji z nim premier Tusk nie będzie się zniżał. Patrząc na to wszystko, chyba należy się zgodzić ze Schetyną. Bardzo źle się rozmawia na „szczytach". Ale to nie prezydent ponosi winę za taką sytuację.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)