Warto zauważyć, że „nowych form wypowiedzi" media zaczęły szukać nagle - w tym roku. Jeszcze kilka miesięcy temu polityka wylewała się z niemal każdego programu telewizyjnego oraz ze stron wszystkich gazet. I nagle zapanowała Miłość - którą już dobrze znamy, więc nie będę się teraz rozwodził o jej cechach.
Ta Miłość, jeśli będzie nadal kontynuowana, zada mediom potężny cios. Już można dostrzec, o czym wspomina Chrabota, spadek zainteresowania telewizyjnymi programami informacyjnymi. Chrabota tłumaczy to wiosną, ale jak w takim razie wyjaśni ogromne spadki na rynku prasy? W lutym tego roku „Gazeta Wyborcza" sprzedała się w liczbie 30 tys. egzemplarzy mniej niż w lutym 2007, a „Dziennik" - 60 tys. mniej. Tego bynajmniej nie można wyjaśnić pogodą.
To Miłość jest przyczyną. Ona i brak zrozumienia redaktorów dla natury Polaków. Podstawową bowiem cechą naszego narodu jest narzekanie na władzę. Źródeł tego zjawiska można szukać w okresie zaborów, a może i wcześniej - w latach złotej szlacheckiej wolności. Niewykluczone, że po prostu zawsze tacy byliśmy. Tym większym więc szokiem musi być prezentowany przez media obraz władzy, której nic nie można zarzucić.
Owszem, dziennikarze próbują sprytnego manewru i przedstawiają rzeczywistość, jakby dalej rządził znienawidzony PiS. W efekcie na pierwszych stronach „Dz" lub „GW" są tylko, tak jak kiedyś, Macierewicz, Kaczyńscy i Ziobro. Ale Polacy przecież wiedzą, że to już nie jest władza. Nie jest rząd.
Promując w nieskończoność donaldową Miłość, media zbojkotują się same. Na całym świecie dziennikarze (w demokratycznych krajach) żyją z krytykowania władzy. Bo tego chcą ludzie - choćby i podświadomie. Jeśli „GW" lub „Dz" nie zmienią swojego nastawienia na realistyczne - za kilka lat będą mogły funkcjonować tylko pod warunkiem, że rząd będzie do nich dopłacał.


Komentarze
Pokaż komentarze (33)