Malowniczą scenę obserwowało dwóch dostojnie wyglądających mężczyzn. Dla bezpieczeństwa (ponieważ nie należeli do najpopularniejszych osób w Warszawie) otaczała ich grupka uzbrojonych sług. Byli to ambasadorowie: Prus - Girolamo Lucchesini oraz Rosji - Jakow Iwanowicz Bułhakow. Przez dłuższą chwilę milczeli, patrząc jak polski król wędruje na rękach swych poddanych w kierunku Krakowskiego Przedmieścia. Rozmowę rozpoczął Włoch służący Fryderykowi Wilhelmowi II:
- Drogi Jakowie Iwanowiczu... Czyż nie byliśmy właśnie świadkami wyjątkowego widowiska?
- Owszem - skinął głową Bułhakow. - Do którego by może nie doszło, gdyby nie wiara Polaków we wsparcie Prus.
- Cóż, obaj wiemy, że to bardzo naiwna wiara.
- Nasz brytyjski kolega powiedział - Rosjanin puścił jakby mimo uszu bardzo przecież ważną deklarację Luchesiniego - że Polska mogłaby stać się wielkim mocarstwem, gdyby była lepiej rządzona. Czyż to nie jest wstęp do tego? Moi ludzie już mi donieśli jak wygląda ta konstytucja.
- Pan ambasador raczy żartować? - Lucchesini uśmiechnął się. - Na papierze to może wygląda dobrze, ale jakie to ma znaczenie? Polacy dali się ponieść fali entuzjazmu, ale zaraz im przypomnę, kto im płaci... I pan zapewne też, Jakowie Iwanowiczu.
- Racja - Rosjanin też się uśmiechnął, a w myślach dodał: „Żebyś wiedział, komu ja płacę!".
- Tak więc Polacy - kontynuował pruski ambasador - niedługo będą bardzo żałować tego dnia. Co to w ogóle za naiwność! W czasie, gdy cały cywilizowany świat walczy z rewolucją, oni chcą ją robić u siebie!
- Jej Cesarska Mość byłaby rada słysząc takie słowa ze strony naszego pruskiego... sojusznika?
- Może pan to przekazać Katarzynie - mruknął Lucchesini, jakby od niechcenia.
- Hm... - Westchnął Bułhakow i spojrzał w kierunku oddalającego się tłumu Polaków. - Można powiedzieć, że mimo tych wydarzeń nie wychodzimy z ról.
- Nie. Przecież obaj wiemy jak blisko od chwały do zdrady.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)