Jeśli chcemy coś zdziałać, to spotkania pod rządowymi gmachami muszą odbywać się codziennie i przyciągać coraz więcej osób. Przecież Platforma tworzy pewien stały stan rzeczy i jednorazowe akcje nie mają szans w starciu z potężną administracyjno-medialną machiną propagandową.
By przeciwstawić się wszechogarniającej „miłości" potrzeba nam naprawdę dużo zaangażowania, które pozwoli przekonać do siebie coraz więcej Polaków. Kilkadziesiąt osób to, prawdę mówiąc, żadna demonstracja. Kilkaset - to już całkiem co innego. A naszym celem przecież nie są ani setki, ani tysiące - tylko miliony.
Oczywiście, pozostaje pytanie, kto by miał dotrzeć z naszym przesłaniem do ludzi. Niestety, zbyt wielu prawicowych blogerów za bardzo wzięło sobie do serca słowa Herberta o „siostrze Pogardzie". W tej chwili furorę robi termin „leming", a podstawą specyficznej „salonowej" poprawności politycznej jest drwienie z tępego społeczeństwa, które daje sobą dowolnie sterować.
Taka strategia to, rzecz jasna, droga do nikąd. Dzięki takiemu podejściu na antyrządowych demonstracjach nigdy nie będzie więcej niż kilkadziesiąt osób. Niestety, w dzisiejszych czasach żaden fanatyzm (nawet najsłuszniej motywowany) nie jest w cenie. Manifestujący swoją pogardę ludzie nie przyciągną nikogo na swoją stronę.
Zamiast wyzywać społeczeństwo od głupków, należy cierpliwie pokazywać Polakom, iż świat wygląda nieco inaczej niż pokazują w telewizji. A nie da się tego zrobić inaczej, niż na ulicach naszych miast. Ruszmy się więc z domów, poświęćmy trochę czasu i energii. Niech nas zobaczą!


Komentarze
Pokaż komentarze (55)