Siedzący przy obszernym biurku mężczyzna spojrzał ponuro na swe najzdolniejsze dziecko, a potem w zamyśleniu pogładził się po wąsach. Trzeba zaznaczyć, że te wąsy znał zapewne cały świat. Zdjęcia porośniętymi nimi twarzy ozdabiały kiedyś pierwsze strony gazet od Los Angeles po Tokio. Teraz zaś legendarny zarost trafiał na okładki podręczników historii - co mile łechtało dumę jego właściciela.
Jednak w tej chwili Lech Walezy, pierwszy prezydent niepodległej Polski, nie myślał o swojej dumie. Nie wspominał lat chwały. Wracał do czasów, gdy jego wąsy wydawały się niczym nie różnić od wąsów tysięcy innych gdańskich robotników.
***
Spotkali się w parku. Usiedli obok siebie i obaj przysłonili twarze wielkimi płachtami gazet. Oficer należał do tych konkretniejszych i nie bawiła go subtelna konwersacja. Przeszedł więc od razu do rzeczy:
- Słuchaj, Leszku, ostatnio nie za bardzo nam się przydajesz. Wracasz tylko do domu i siedzisz z dzieciakami. A to nie tak... Musisz wyjść do ludzi... Zaprzyjaźniać się z elementem antysocjalistycznym... No, tak jak w siedemdziesiątym. Przypomnij sobie.
- To siedemdziesiąty tak się wam podobał? - Walezy mruknął zza swojego „Przeglądu Sportowego".
- Zdziwiłbyś się jak bardzo - głos esbeka był lodowaty. - Nie pieprz, tylko słuchaj. Koniec z uroczymi domowymi popołudniami. Czas pochodzić trochę z kumplami. Powspominacie stare dzieje, a ty wrócisz do obiegu.
- A czy mnie ktoś jeszcze pamięta?
- No właśnie - bezpieczniak zaszeleścił „Wieczorem Wybrzeża" - mają sobie ciebie przypomnieć i polubić.
***
- A więc jednak - Jarek Walezy, syn bohatera opozycji, usiadł ciężko w fotelu.
- Przecież wiedziałeś - ojciec Jarka wzruszył ramionami - w rodzinie to nie była tajemnica.
- To nie była tajemnica? To było tabu!
- W każdym razie mogłeś się domyślić. Taki bystry jesteś.
- Domyślałem się, ale usłyszeć to od ciebie, to co innego.
- Cóż, teraz już wiesz, synu.
Jarek odetchnął głęboko i spojrzał z uwagą wprost w słynne oblicze, które towarzyszyło mu od ponad trzydziestu lat.
- Kiedy to się skończyło?
- Kiedy się urodziłeś. Mniej więcej wtedy. Zrobiłem awanturę i wyrzucili mnie ze stoczni. Przestałem być przydatny, a poza tym chyba stwierdzili, że jestem nieobliczalny.
- I nie mogłeś... - syn chciał się jeszcze o coś spytać, ale ojciec klasnął dłonią w blat, przerywając mu w pół słowa.
- Teraz nie mamy czasu na wspomnienia i analizy mojego postępowania! Kiedyś ci wszystko wyjaśnię. Niedługo. Kiedy będziesz chciał. Ale teraz zabierzmy się do roboty. Przecież nie możemy im pozwolić wydać tej książki!
***
Para pięćdziesięciolatków całowała się w blasku zachodzącego nad Andami słońca. Wokół rozpościerały się ruiny pradawnego miasta. Zakochana para wyglądałby na zwykłych turystów, gdyby nie dyskretnie oddalony tłumek oficjeli i ochroniarzy.
Kobieta oderwała się od ust mężczyzny i szepnęła mu do ucha:
- Och... Zawsze chciałam tu przyjechać...
- Dla ciebie wszystko, kotku... - kochanek przesunął dłońmi po szczupłej talii swej wybranki. Katem oka zauważył zbliżającego się asystenta.
- Mówiłem, żeby nam nie przeszkadzać - warknął.
- Przepraszam panie premierze, ale to bardzo ważny telefon... - zmieszany asystent potrząsnął satelitarną komórką.
- Miało mnie nie być dla nikogo!
- Ale dla niego pan miał zawsze być...
Premier sięgnął po telefon. Zdążył się tylko przywitać z rozmówcą, gdy ten zaczął szybko i głośno coś mu tłumaczyć. Znudzona żona szefa rządu sama przyglądała się tonącemu w złotym blasku miastu. Za jej plecami mąż powtarzał tylko: „Acha... acha... tak...". Zakończył rozmowę krótkim: „Lechu, załatwię to!".
Ucieszona kobieta odwróciła się ku swemu, jak go nazywała, Donkowi, ale ten bynajmniej nie zamierzał wracać do romantycznych uniesień. Dalej trzymał w dłoni telefon:
- Grzesiu? Grzesiu, słuchaj, jest sprawa...


Komentarze
Pokaż komentarze (13)