***
Przywiązany do krzesła mężczyzna krzyczał coś po arabsku. Przekleństwa, czy też może błagania o litość odbijały się od brudnego betonowego stropu. Ciało więźnia wygięte było w nienaturalny sposób. Leżał na krześle plecami, a ręce i nogi związano mu razem pod meblem. Jego męczarniom przyglądało się spokojnie kilku ludzi. Siorbali kawę z papierowych kubków i palili papierosy.
- Długo już go tak tu trzymacie? - szef ABW Krzysztof Talaryk zagadnął oficera nadzorującego przesłuchanie.
- To już pięć godzin.
- Hm... On się chyba zeszczał.
- Tak jest! - nie wiedzieć czemu oficer poweselał. - Już dwie godziny temu.
- Ach tak... - mruknął Talaryk, po czym zwrócił się po angielsku do swego gościa: - Panie Diskin, przepraszam za ten zapach.
- Nie szkodzi, jestem przyzwyczajony - Yuval Diskin, dyrektor Shin Bet uśmiechnął się lekko - Pańscy ludzie bardzo dobrze związali więźnia.
- Naprawdę?
- Owszem. Świetny „banan". Zupełnie jakby to robili Żydzi. Dużo się od nas nauczyliście.
- Och, staramy się... - Talaryk chciał jeszcze coś powiedzieć, ale jęki Araba przerodziły się w nieustanny ryk bólu. Gdyby nie wibracje telefonu, szef ABW nie usłyszałby dzwoniącej komórki. Talaryk wymknął się z celi i odebrał na korytarzu.
- Grzesiu, nie mogę teraz... No, nic nie słychać... Co? Najlepszych ludzi? Pewnie, ale to pogadamy później... Teraz umacniam polsko-izraelsko-amerykańską współpracę...
***
Kiedy się spotkali, Talaryk miał już przygotowaną listę.
- Nawet nie pytałeś o co chodzi - zdziwił się Stechyn.
- Mieli być najlepsi, to są. Do każdej akcji się nadadzą. Tyle tylko, że większość z nich jest mocno zajęta.
- Odwołaj ich, cokolwiek by nie robili. Ta operacja ma priorytet.
- Chcesz nawet tych, którzy się teraz opiekują tym bucem?
- Tych też.
- O, to widzę, że kroi się coś poważnego - Talaryk spojrzał uważnie na swego zwierzchnika. - Czyżby coś w rodzaju ostatniej akcji...?
- Powiedzmy - Stechyn skinął głową - tylko bardziej. I musimy być delikatniejsi.
- To o Walezego chodzi, tak?
- Tak.
- Grzesiu, przecież wszyscy zobaczą, że to będzie grubymi nićmi szyte!
- O to chodzi, żeby nie zobaczyli.
***
Zbigniew Żebro gwałtownie wdepnął pedał hamulca. Siedzący na fotelu pasażera dziennikarz niemal wpadł głową w przednią szybę. Polityk Partii Sprawiedliwości triumfalnie wskazał boczne lusterko.
- Ha! Widzi pan, panie redaktorze?! Ta czarna limuzyna cały czas za nami jedzie.
Dziennikarz obejrzał się za siebie.
- Panie pośle, tam nikogo nie ma.
- Co? Jak to?! - Żebro spojrzał za siebie. Faktycznie - ulica była całkiem pusta.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)