- Powiem, że wiem kto był agentem „Alkiem"! - radośnie zakomunikował.
- Ale przecież to ty nim byłeś - w głosie Jarka był tylko ślad zdziwienia.
- Inni o tym nie wiedzą - prychnął Lech. - A ja ciągle mam schowaną taką małą teczuszkę....
- Jaką teczuszkę?! - zblazowanie opuściło Jarka w jednej chwili.
- Wiesz, pomyślałem, że warto coś mieć na czarną godzinę... Kilku zaufanych ludzi sporządziło mi więc taką...
- Fałszywkę?!
- No co się tak dziwisz - Walezy spojrzał na syna jak na głupiego. - Tak, fałszywkę. Oj, dziecko, dużo się jeszcze musisz nauczyć...
- Przy tobie na pewno... Więc co jest w tej teczce?
- No, to jest teczka agenta „Alka". To dowód, kto nim był.
- Dowód, co? - Jarek pozwolił sobie na drwiący ton. - Więc kim jest „Alek"? Według tej teczki?
- To chyba jasne - Walezy uśmiechnął się szeroko. - Jarosławem Kaczkowskim.
***
Parking przy Stadionie Dziesięciolecia byłby całkiem pusty, gdy nie dwa zaparkowane koło siebie samochody. Właściciele aut rozmawiali przez opuszczone szyby. Jeden z nich mówił ciepłym, spokojnym głosem, za to drugiemu do spokoju było chyba bardzo daleko:
- Ja już tak nie chcę! Ostatnio spotykam się z tobą częściej niż z redaktorem naczelnym!
- Tak bywa... Cóż, możemy się rozstać, a ja pojadę do twojej żony i pokażę jej zdjęcia.
- Nie zrobisz tego!
- Czemu nie...? Witek, uspokój się i spójrz na mnie. No, popatrz mi w oczy i pomyśl. Czemu mam tego nie zrobić?
- Oczywiście, że to zrobisz...
- Właśnie. Zobacz, nic się nie dzieje. Czasem mi pomożesz, a masz za to spokój i pieniądze.
- Pieniądze? Jakie pieniądze?
- Nie mówiłem? Och, zapomniałem. Moja służba postanowiła nagrodzić twoją współpracę...
- Hm... To co takiego mam napisać?
- Och, zupełnie nic... To już zostało napisane... Po prostu zwrócisz na to uwagę, bo może nie każdy zauważy akurat to...
- Znaczy się?
- Tygodnik „News" wydał książkę o naszym premierze. Turk mówi tam miedzy innymi o tym, że IPN zbierał na niego haki. Na zlecenie Partii Sprawiedliwości. Warto podkreślić, jaka to sprzedajna i upolityczniona instytucja...
***
Niektórych dziennikarzy nikt nie musiał dodatkowo motywować. Sami wiedzieli, co mają pisać. Chociaż, owszem, Mirosław Słowak, publicysta „Gazety Wybranej" został zmotywowany - rozmową z samym redaktorem naczelnym.
To w zasadzie nie było potrzebne. Przecież Słowak doskonale rozumiał jakie kolejne zagrożenie rysuje się przed polską demokracją. Wszyscy w „Gazecie Wybranej" to rozumieli. Inaczej nie byliby... wybrani. Zawsze jednak miło było spotkać samego redaktora i usłyszeć od niego jak ważne zadanie czeka teraz dziennikarzy.
- Osoba Walezego to symbol naszej transformacji - mówił redaktor. - Tak, nie zawsze było nam z nim po drodze, ale to już przeszłość. Dziś jesteśmy po tej samej stronie w walce z oszołomstwem i Ciemnogrodem. Nie możemy pozwolić, by go bezkarnie niszczono!
Tak moralnie wzmocniony, Słowak zasiadł do pisania: Od kilku miesięcy słychać pomruki o nowej pseudosensacji -książce dokumentów o Lechu Walezym jako agencie "Alku"...
Redaktorowi poszło szybko. Kilkanaście minut później spojrzał na swój tekst i lekko się skrzywił. Czegoś tu jeszcze brakowało... Za mało ganiące i piętnujące - stwierdził Słowak. Dodał jeszcze akapit:
Zapytać jednak wypada, po co u licha jego podwładni chcą Polakom nadal robić wodę z mózgu na temat ojczystych dziejów? Czy przypadkiem prezes IPN nie chowa się za plecami swoich współpracowników i udaje mało rozgarniętego, który nie wie, o co chodzi?
Publicysta przyjrzał się swemu dziełu i cmoknął z uznaniem. Tak. Teraz jest dobrze.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)