Co kilka tygodni amerykańscy negocjatorzy wysyłają sygnał - Polacy, nic wam specjalnego nie damy. Tak jest i tym razem. Stephen Mull stwierdził, że Polska sama musi zapłacić za modernizację swojej armii. Amerykanie, co najwyżej, zaproponują nam technologie, żebyśmy mogli je kupić za grube pieniądze.
Należy się więc zapytać - po co dalej prowadzić te rozmowy? To USA powinno bardziej zależeć na sukcesie negocjacji. My tu bazy antyrakietowej specjalnie nie potrzebujemy. Zwłaszcza wtedy, gdy będzie ona potencjalnym celem ataku, a my nawet nie dostaniemy środków, by go odeprzeć.
Jestem jak najbardziej za pogłębianiem sojuszu z USA. Rzecz jednak w tym, iż musi to być sojusz oparty na partnerstwie. I musimy coś z tego mieć. Życie w przekonaniu, że Amerykanie nas kochają i zrobią wszystko, by nam pomóc jest błędem - teraz się o tym przekonujemy.
Budowa samej tarczy na terytorium Polski bynajmniej nie będzie oznaczać automatycznego, jak sugerują niektórzy, zacieśnienia stosunków z USA. Jeśli będzie trzeba, to Amerykanie szybko ją stąd wycofają. I zostaniemy sami.
W latach 50. bardzo podobnie wyglądała sytuacja z Turcją. USA chciały zamontować tam wyrzutnie swoich rakiet. W końcu się to udało (ku irytacji Sowietów), ale Amerykanie musieli zainwestować miliardy w turecką armię. Kilka lat później, po kryzysie kubańskim, rakiety wycofano w zamian za opuszczenie przez Sowietów Kuby. Turcy rozwinęli jednak do tego czasu współpracę wojskową z USA. Trwa ona zresztą do dzisiaj, a tureckie wojsko otrzymuje rocznie kilkaset milionów dolarów pomocy (Polska - 20 milionów).
Jeśli dla Amerykanów współpraca z naszym krajem byłaby naprawdę ważna, to nie wahaliby się przed udzieleniem nam znacznego wsparcia. Niestety, oni najwyraźniej myślą, że trafili na ochoczych frajerów, którzy tylko marzą, by za darmo stać się ofiarą potencjalnego ataku. Czas chyba, by i z naszej strony popłynęły jakieś przecieki.


Komentarze
Pokaż komentarze (31)