Podczas pełnienia urzędu Marcinkiewicz wydawał się być całkiem rozsądnym człowiekiem. Prawdopodobnie stworzenie takiego wizerunku tego polityka o, jak widzimy, umysłowości przedszkolaka było najbardziej niedocenionym sukcesem politycznego PR w ostatnich latach. „Polityka miłości" to jest nic wobec zrobienia z Kazia męża stanu.
Oto jak „mąż stanu" rozmawia z dziennikarzami (rekonstrukcja na podstawie wpisu z bloga Marcinkiewicza):
DZ: Z niezależnych źródeł mamy informację o tym, że Kaczyński kazał pana inwigilować, gdy był pan premierem.
KM: Cholera skąd wiecie, że prezydent namawiał by zbierać na mnie haki?
DZ: To prezydent nie prezes?
KM: Ups!
Należy zadać dwa pytania. Po pierwsze: może jednak Marcinkiewicz nie jest naiwny jak przedszkolak, a odwrotnie - prowadzi bardzo sprytną grę? Lecz gdzie by go miały prowadzić kolejne wyskoki, takie jak chociażby ten z podsłuchem? Zwłaszcza, że po kilkunastu godzinach sam wszystko dementuje (pisząc o Kaczyńskich nie inaczej, niż z dużej litery „Prezydent", „Prezes").
Nie, wygląda na to, że Marcinkiewicz, pozbawiony tajemniczych speców od PR (swoją drogą, gdzie ci eksperci byli, jak rządził Jarosław Kaczyński?), wyskakuje z kolejnym pomysłami, które do niczego go nie prowadzą. Być może (a raczej na pewno) jest to częścią taktyki atakowania PiS, ale przecież nie on ją wymyślił.
W związku z tym, ważniejsze jest pytanie drugie: dlaczego to Kaziu został premierem? Tu, niestety, odpowiedź jest dosyć prosta. Jarosław Kaczyński do perfekcji opracował strategię otaczania się miernotami - zgodnie ze znaną zasadą. Widać uznał, iż największa miernota będzie najbardziej wierna. I to był błąd.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)