Lech Wałęsa przez całe lata nie wiedział co z sobą począć. Od czasu wyborczej klęski w 1995 robił i wygadywał coraz bardziej żałosne rzeczy. I nigdy jakoś nie wpadł na to, co teraz zaproponowali mu protestujący lekarze - by swoim autorytetem pomagał w negocjacjach pomiędzy pracownikami a pracodawcami.
Któż się do tego lepiej nadaje, jeśli nie najsłynniejszy przywódca związkowy na świecie i założyciel „Solidarności"? Wałęsa budowałby nadal swoją legendę - przecież w Polsce stale pojawiają się problemy, które mógłby pomóc rozwiązywać. Dzięki sławie i wpływom były prezydent osiągnąłby bardzo wiele.
No tak, ale jest jeden problem. Otóż Wałęsa wcale nie zamierza budować swojej legendy, tylko ją jak najszybciej zniszczyć. A na sławie związkowego lidera chyba mu nigdy specjalnie nie zależało. On marzył i zapewne nadal marzy, tylko o jednym - władzy. Altruistyczne pomaganie ludziom to nie dla niego. Wałęsie nigdy nawet nie przemknęło przez myśl, by zrobić coś w celu ulżenia losu wykorzystywanych pracowników.
Dlatego też dziś lekarze pragnący pomocy Wałęsy usłyszeli krótkie: „Nie ma takiej możliwości". Była to odpowiedź na pytanie, czy „legenda Solidarności" pomoże im porozumieć się z rządem.
Fakt, to bezczelność krytykować obecny rząd. Zresztą, Wałęsa już raz skarcił związek lekarzy, sugerując mu, iż chodzi na pasku PiS (teraz, jak wiadomo, wszystkie związki zawodowe to marionetki PiS - nawet te, które protestowały także przeciw rządowi Kaczyńskiego).
Lech Wałęsa taką postawą sam odbiera sobie pozycję „autorytetu" (przyjmując, że na takową w ogóle kiedyś zasłużył). Jest zwykłym politykiem, który wyraźnie opowiedział się po stronie konkretnej opcji. I sam traktuje swoje dawne zasługi czysto użytkowo - nie widząc w swej przeszłości nic, co nakazywałoby mu zachowywać się w sposób godnej własnej legendy.


Komentarze
Pokaż komentarze (53)