Dzisiejszy wywiad „Dziennika" z Erykiem Mistewiczem czytałem z rosnącym zainteresowaniem. Szybko jednak przerodziło się ono w przerażenie. Nie bałem się, rzecz jasna, proponowanej przez Mistewicza amoralności - ta bowiem jest w polityce oczywistością. Przestraszyłem się totalnej głupoty i zadufania bijącego ze słów polskiego guru politycznego PR.
Pierwsze spostrzeżenia Mistewicza wydały mi się całkiem słuszne. Zwłaszcza te o rosnącej roli blogerów oraz coraz gwałtownych zmianach w sposobie przekazu informacji. Potem jednak dyskusja zaczęła obracać się wokół promowanego przez Mistewicza pojęcia „opowiadania historii". Że teraz niby już nie PR, nie marketing, tylko „narracja".
W pełni zgadzam się z Mistewieczem, iż społeczeństwem można swobodnie manipulować. Lecz przekonywanie polityków i dziennikarzy o wyjątkowości metody „narracji" też jest manipulacją. Od czasów Macchiavellego taktyki czegoś, co obecnie nazywa się marketingiem politycznym się specjalnie nie zmieniły. Goebbels doprowadził je w latach trzydziestych do perfekcji i tyle. Opowieści o zmianach jakie wprowadza „narracja" to też marketing - tylko, ze speców, którzy z niego żyją. Jeśli się ma do sprzedania stale jeden produkt, to wygrywa ten, kto zapakuje go w najatrakcyjniejsze opakowanie.
I Mistewicz to właśnie zrobił - owinął stare śmieci w nowy, błyszczący papierek. Zapomniał jednak, iż skuteczna polityka musi polegać na skrajnej racjonaliści. Owszem, należy kłamać w żywe oczy, ale kłamstwo nie może być celem samym w sobie. W odróżnieniu od tego co mówi Mistewicz - że w skutecznym przekazie nie ma żadnych granic, te granic są. Co się dzieje, gdy się je przekroczy, pokazuje sam Mistewicz, kreując podczas wywiadu własną wizję „opowieści" dla Lecha Kaczyńskiego:
Skupmy się na przykładzie. Dlaczego prezydent, tak mocno angażujący się w sprawę Gruzji, nie potrafi o tym opowiedzieć?
Ledwie kilka osób rozumie, co się wydarzyło w Gruzji, bo nie znaleziono ciekawej opowieści. Budzącej emocje zarówno wobec sprawy gruzińskiej, jak i wobec urzędu Prezydenta RP. Zabrakło czegoś do opowiadania w windach. Jak choćby to, że pilot polskiego samolotu nr 1 z prezydentem na pokładzie, w drodze do Gruzji został zaatakowany przez rosyjskie MiGi i zmuszony do lądowania na terytorium Rosji. Wyobraża pan to sobie?
Został zaatakowany? Nie słyszałem?
Nie, ale mogły pojawić się przesłanki, że to jest atak. Jednak - kontynuuję hipotetyczną opowieść - pilot mimo ataku podjął odważną decyzję, że leci do Tbilisi i tam postara się wylądować. Każdy daje to na czerwony pasek! Polska wstrzymuje oddech. Wyobraża pan sobie tę ciszę w eterze, gdy nie można nawiązać kontaktu z polską maszyną nr 1, bo jak to zwykle, coś tam na łączach radiowych siadło? Pierwsze pytanie ludzi, takich zwyczajnych, nieinteresujących się polityką: "słyszałeś już?", drugie pytanie: "doleciał, udało się, prezydent żyje?" - nie Kaczor, ale prezydent! - i trzecie pytanie: "Jezu, ale dzielni są, dzielny nasz prezydent, w taką się wybrać podróż, a o co chodzi z tą Gruzją?".
Szaleństwo! I kłamstwo. Pytamy pilota, jest śledztwo, komisja międzynarodowa... Zresztą przed chwilą już ustaliliśmy, że kłamstwo szyte zbyt grubo prędzej czy później wyjdzie na jaw.
Ale pilot wierzy, że widział białe smugi przed nim. Drugi pilot też widział. I to staje się prawdą. Ludzie uświadamiają sobie lepiej, co Rosjanie robią w Gruzji, jak co chwila spadają helikoptery i jaka jest rola - ba! - misja Polski i polskiego prezydenta. Wychodzi Radosław Sikorski, i mówi, że źródła dyplomatyczne nie potwierdzają ostrzelania samolotu, na co prezydent odpowiada, że nie dziwi się, że Sikorski z oczywistych względów mówi tak samo jak Rosjanie.
Wyobrażają sobie Państwo, co by się stało, gdyby Lech Kaczyński zastosował taką taktykę? Już pomijam fakt, iż nasze własne media by go zniszczyły. Ale przecież Rosjanie mogliby uznać podobne wypowiedzi za jawną prowokację. I mieliby całkowitą rację. To się po prostu nie zdarza. Kłamać o zamachu na życie prezydenta przeprowadzonym przez siły zbrojnego innego państwa?! Lecz zdaniem Mistewicza byłoby to genialne posunięcie. Byle tylko w kraju zdobyć parę punktów poparcia. Czy można takiego eksperta traktować poważnie?
Niestety, jak wspomniałem na początku, ten „ekspert" to obecnie prawdziwe guru polskiego PR. Zwłaszcza tego, powiązanego z obecnym rządem. Naprawdę, strach pomyśleć, jakie nam „historie" chcą jeszcze „opowiedzieć".


Komentarze
Pokaż komentarze (14)