Ale nie. To po prostu Hanna Lis osobiście udowadniała, iż prezenterzy telewizyjni są niczym więcej jak ładnie ubranymi manekinami. Widać to zawsze natychmiast, gdy tylko zechcą powiedzieć coś od siebie. Tak jak pani Lis wczoraj.
Jakże to - może ktoś zapytać - przecież to nikt inny, jak ta dzielna prezenterka złamała wewnętrzną cenzurę TVP i dała wyraz swoim myślom. No właśnie, ale co to za myśli?
Rozumiem, iż można mieć wątpliwości w kwestii ewentualnej agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy. Rzecz jednak w tym, iż dla każdego w miarę logicznie myślącego człowieka akurat ten dokument, któremu był poświecony materiał w „Wiadomościach" nie wystarczyłby za dowód na cokolwiek. Już pomijam fakt, iż nie stanowił on żadnej sensacji i jest już od lat analizowany.
Lecz Lis uznała ten dokument za coś ważnego - i to świadczy o jej politycznej oraz historycznej wrażliwości. Czy też raczej jej braku. Moim zdaniem ona nie zrobiła źle pozwalając sobie na osobisty komentarz. Dała jednak w nim wyraz głęboko utrwalonym schematom myślowym, spod władzy których zapewne już nigdy się nie wyrwie. I to jest przykre.
Bardziej zaś przykre jest to, że Hanna Lis nie ma pojęcia co takiego zrobiła - przecież rozumuje dokładnie tak jak jej koledzy, przyjaciele, mąż. W swej opinii jest prawdopodobnie bohaterką, która stanęła w obronie zaszczutego Wałęsy.
Najbardziej zaś przykre jest to, iż za chwilę rzeczywiście stanie się kolejną (ostatnią?) męczennicą - ofiarą „nie dorżniętych watah" IV RP. I pozostaje pytanie - czy Urbański nie wiedział co ryzykuje sprowadzając do siebie Lisów?


Komentarze
Pokaż komentarze (38)