Okazało się, iż na kilka dni przed głosowaniem Irlandczycy mogą traktat odrzucić. Zdaniem „Gazety Wyborczej" zwiastuje to „katastrofę", która grozi „wielomiesięcznym, a nawet wieloletnim kryzysem Unii".
Niestety, może nie być tak dobrze. Nie dlatego, iż wynik referendum jeszcze nie jest przesądzony. Rzecz w tym, iż unijny urzędnicy już zastanawiają się nad „planem B". Oficjalnie twierdzą, że nic takiego nie ma miejsca, ale pod odrzuceniu traktatu konstytucyjnego we Francji i Holandii też nikt nie mówił, iż po dwóch latach powróci on pod inną nazwą.
Co będzie teraz? Powtórne głosowanie? Ratyfikacja przez parlament? Kolejna kosmetyczna modyfikacja traktatu? Jakiś sposób się znajdzie. W końcu nie można pozwolić, żeby to ci durni ludzie zadecydowali o przyszłości UE.
Póki co trwa typowa nagonka na reakcjonistów. Ciekawe, czy tak jak w Polsce, wspierają ją lokalne media? „Postępowi" politycy z pewnością. Najbardziej rozbawiła mnie wypowiedź premiera Irlandii, który chce, by rodacy poparli traktat z „entuzjazmem". I znajduje im motywację: „W czym rzecz? W zatrudnieniu. Chodzi o to, by spróbować utrzymać zatrudnienie. Chodzi o to, by znaleźć sposób na przedłużenie wzrostu naszej gospodarki".
Tak jest, bez wątpienia kolejne tony regulacji, zwłaszcza socjalnych, uratują grzęznącą irlandzką gospodarkę. Mam nadzieję, iż Irlandczycy są odporniejsi na propagandę niż Polacy i sprawią prawdziwe problemy brukselskim urzędnikom.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)