Polska jest krajem o długiej i chwalebnej przeszłości. Jest mnóstwo wydarzeń, które warto wspominać. Tymczasem koncentrujemy się na martyrologii i liczymy ilu Polaków gdzie wymordowano. Tak jakby nasi przodkowie byli tylko owcami idącymi na rzeź.
W tym kontekście Wołyń nie lokuje się zbyt wysoko w klasyfikacji. Ok. 60 tys. ofiar to może więcej osób niż zabitych wiosną 1940 roku oficerów, ale dużo mniej niż np. ofiar powstania warszawskiego lub sowieckich wywózek na Sybir. W samym Auschwitz zginęło ok. 75 tys. Polaków.
Owszem, jestem trochę cyniczny, ale trudno mi takim nie być obserwując żenujący spór jaki wywiązał się wśród prawicowych blogerów przy okazji rocznicy ludobójstwa na Wołyniu. Naprawdę, zaczynam wierzyć, że w Internecie grasują agenci wpływu. Czyżby blogesfera zrobiła się ważna? Ale to temat na osobną notkę.
Wracając do polskiej historii. Osobiście dużo bardziej wolę wspominać mordy, których sami dokonaliśmy. I wcale się ich nie wstydzę (co nie znaczy, że pochwalam), podobnie jak nie wstydzą się Rosjanie lub Ukraińcy. Wspominając Wołyń chętnie poczytałbym o palonych ukraińskich chatach, bo chciałbym wiedzieć, że mój naród potrafi właściwie odpowiedzieć na przemoc.
Stałe przypominanie jak to nas mordowano, ta cała martyrologia, może przynieść efekt odwrotny od zamierzonego - przekonać młodych ludzi, iż nie warto być Polakiem. Bo Polacy to frajerzy, których się wiesza pęczkami na drzewach.
Czas na przypominanie zwycięstw, na ukazywanie polskiej potęgi. Niech Polacy wiedzą, że uciekali przed nami Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Turcy, Hiszpanie, Litwini, Szwedzi itd. Niech wiedzą, że byliśmy zdobywcami i wojownikami, a nie bezbronnymi ofiarami. Niech słowo „Rzeczpospolita" kojarzy się z dumą i majestatem, a nie płaczącą kobietą na progu spalonego domu.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)