Podobnie było po pierwszych kilku dniach wojny w Gruzji. Lech Kaczyński, wraz z grupą prezydentów z sąsiednich państw, udał się w rejon konfliktu i wypowiedział ostre słowa wobec Rosji. Rzecz jasna, natychmiast zaczęto pomstować na jego nieodpowiedzialność i błędne rozeznanie sytuacji. Z Rosją należało bowiem negocjować i rozważać, czy przypadkiem Gruzini nie są sami sobie winni. Bohaterem był Sarkozy, który przywiózł z Moskwy pokój.
Dosłownie kilkadziesiąt godzin później porozumienie wynegocjowane przez francuskiego prezydenta nie było warte nawet papieru, na którym je spisano. W Poti płonęła gruzińska flota, a rosyjskie czołgi zbliżały się do przedmieść Tbilisi. Dopiero wtedy świat otworzył oczy i zaczął dostrzegać to, co prezydent Polski widział dużo wcześniej.
Teraz zbliża się jeden z najważniejszych szczytów UE w historii. Państwa Unii pokażą, czy faktycznie potrafią wspólnie sprawnie działać - bez czego nie ma sensu przyjmować traktatu lizbońskiego. Lech Kaczyński prowadzi negocjacje z prezydentami kilku innych krajów, starając się zbudować wspólne stanowisko wschodnich krajów UE wobec rosyjskiej agresji. Co robi Donald Tusk - nie wiadomo.
***
W latach 30. Winston Churchill znajdował się na marginesie brytyjskiej polityki. Nieufność kolegów z Partii Konserwatywnej budziło przekonanie Churchilla o nadchodzącej wojnie. Ostrzegał on przed wzrostem potęgi militarnej Niemiec. W tym czasie dawnego Lorda Admiralicji uznawano niemal za oszołoma, gdyż Rzesza wydawał się być na dnie. Nikt nie chciał widzieć tego, co widział Churchill - że Niemcy odradzają się, przewodzeni przez nowego, brutalnego i cynicznego przywódcę. Gdy wojska Hitlera ukazały swoją siłę - było już za późno, by je powstrzymać. Dopiero wówczas parlamentarzyści dali szansę Churchillowi, ratując w ten sposób Brytanię.


Komentarze
Pokaż komentarze (55)