Tak miażdżącej analizy skutków działania „Solidarności" dokonał Cezary Michalski. W sobotnim „Dzienniku" pisze on o różnicach w polityce zagranicznej Tuska oraz Kaczyńskiego. A przy okazji przedstawia własne spojrzenie na historię największego społecznego ruchu w dziejach Polski.
Jak widać, jest to spojrzenie nadzwyczaj krytyczne. W kontekście słów Michalskiego nie ma sensu spór o rolę poszczególnych aktorów wydarzeń z lat 80. - bowiem wszyscy byli tylko pionkami w grze potężniejszych od siebie sił. Zdaniem publicysty „Dziennika" „Solidarność" została rozbita w grudniu 1981 roku - i to był jej koniec.
Dla większości z nas nie jest to zaskakująca konkluzja. Wielu blogerów promuje pogląd, iż członkowie demokratycznej opozycji w PRL nie mieli po 1981 roku żadnego wpływu na wydarzenia. W sferze publicznej to jednak myśl rzadko wygłaszana przez kogokolwiek.
W ocenie „Solidarności" dominuje opinia samych opozycjonistów. Podczas czwartkowej audycji gościem Szymona Gruszki i moim był Leszek Budrewicz - znany wrocławski działacz ruchów antyrządowych w okresie PRL. Zapytany właśnie o to, czy 13 grudnia był końcem „S", odpowiedział, iż na pewno nie. To, że powstało stosunkowe liczne antykomunistyczne podziemie jest wg Budrewicza dowodem na żywotność i skuteczność „Solidarności", która ostatecznie mogła wymóc na władzy przystąpienie do negocjacji.
Tymczasem zdaniem Michalskiego te starania niedobitków „S" nie miały znaczenia, a „okrągły stół" był skutkiem nie tyle ich działań, a efektem wskazówek płynących do władz PRL ze strony radzieckich towarzyszy.
Cieszy, że taki pogląd zaczyna się w końcu przebijać do powszechnej świadomości. Bo to smutna, bolesna i drażniąca, ale jednak - prawda.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)