Spotkanie było tajne i do tego nieoficjalne. Rzecznicy wszystkich partii politycznych usilnie dementowali pogłoski o jego zwołaniu.
Jednak media nie dały się zwieść dyplomatycznym zaprzeczeniom.
Jeszcze nie było bladego świtu, gdy przed chałupą gaździny Bigosowej zrobiło się tłoczno od wozów telewizyjnych i radio-wozów.
Kamerzyści i reporterzy wzajemnie deptali sobie po stopach i nabijali siniaki. Każdy chciał być jak najbliżej drabiny, po której mieli wchodzić uczestnicy spotkania.
Drabina była przystawiona do drzwiczek stryszku chałupy gaździny Bigosowej, która na pytanie dociekliwego Tomasza Lisa (który z uwagi na doniosłość wydarzenia, sam raczył relacjonować), czemu wybrała tak nieobszerny lokal odparła:
- A, bo tom je ciosno i łacniej zbliżom się stanowiska, a moze i opcje.
Pan Tomasz przez 7,5 minuty komentował tę wypowiedź, zgodnie z zasadą, że najważniejsze są fakty, byle stosownie wyjaśnione w odniesieniu do wydarzeń.
Ów komentarz pana Tomasza został po kilku dniach również skomentowany przez prof. Markiewicza w audycji telewizyjnej, w porze dla intelektualistów.
Komentarz komentarza zajął panu profesorowi ledwie 20 minut czasu antenowego, bo był niezwykle wnikliwy i ujawnił wszelkie podteksty, a nawet niedopowiedzenia. Resztę zostawiwszy, jak zwykle, widzom do przemyślenia, co widzowie - jak zwykle - olali i ani minuty nie myśleli, bo od tego mają posłów.
Wcześniej jednak do oblężonej chałupy gaździny zaczęli przybywać goście.
W błyskach fleszy i światłach reflektorów, z nieodmiennym wyrazem zaskoczenia - obecnością mediów oczywiście - wchodzili po drabinie, by zniknąć w świecącym, jak gwiazda betlejemska, otworze stryszkowych drzwiczek.
Redaktor, Kolęda-Zalewska, z przejęciem komentowała każdy krok kolejnej wybitnej postaci, co trzy szczeble zadając sobie i widzom dramatyczne pytanie: " Co to oznacza dla Polski?"
Obok niej stała młoda, w długiej do trawy sukience, dziennikarka i świetlistymi oczyma wychwytywała każde sedno, zapisując je zaraz w swoim tajemniczym notesiku, by kiedyś opowiedzieć je pięknie.
Inni reporterzy wyłazili ze skóry, by wydobyć chrząknięcia od znakomitości z drabiny, ale trudy ich były daremne. Oprócz milczenia słychać było jedynie sapanie wstępujących na strych.
Co najwyżej w tle rozlegało się beczenie owiec, ale tego nikt nie komentował.
Początkowo, przybywanie kolejnych gości, wywoływało szmer i ożywienie, ale wkrótce dziennikarze, nawet, nie przerywali swoich dywagacji na temat celu i przyszłych skutków spotkania.
Przewodniczący Gosiewski, wchodził z wysoko uniesioną głową, jakby liczył szczeble, które mu jeszcze zostały do pokonania.
Były marszałek Płażyński, kilka razy zatrzymał się, robiąc krótkie przerwy. Poseł Dorn, wbiegł tak szybko, że prawie nie został zauważony. Były Pan poseł Lepper zakrzyknąwszy: " z drogi złodzieje! " wtruchtał podciągając się na warkoczu byłej posłanki Begierowej, która obrzuciwszy dziennikarzy kurwikami, wdzięcznie utorowała drogę swojemu wodzowi.
Prezydent Kaczyński, wchodząc, dwakroć się omsknął, co później minister Kamiński tłumaczył lekką niedyspozycją gastryczną Pana Prezydenta, chociaż red. Sakiewicz wkrótce ujawnił w nieistniejącej gazecie, że tydzień wcześniej Pan Prezydent spotkał się z byłym Panem Premierem Kaczyńskim, przytaczając na dowód oświadczenie byłego szwagra kierowcy, byłej sekretarki pewnej firmy adwokackiej.
Roman Giertych, puścił przodem znanego przemysłowca, coś sugerując mu wcześniej niegłośno, ale dosadnie i pogroził palcem.
Szmer zdumienia wywołał Premier, którego dostrzeżono dopiero na szczycie drabiny, gdy chwyciwszy się belki nad drzwiczkami, wykonał koziołka i niczym wąż wśliznął się do środka.
- Tak wchodzi prawdziwy mężczyzna! - Jęknęła z zachwytem jakaś egzaltowana reporterka, ale nie ta w sukni do trawy, za co została natychmiast skarcona przez gaździnę Bigosową, ale jakimi słowami nie wiadomo, bo wiatr je uniósł.
Niektórzy tylko zastanawiali się, czemu, stojący obok gaździny, Wojtek Cejrowski najpierw gwałtownie zbladł, a chwilę potem zapłonął na twarzy, jak pochodnia tolerancji w Ciemnogrodzie.
Przybyło wielu wielkich i równie wielu pomniejszych działaczy, i aktywistów życia politycznego.
Nagle ktoś zauważył: "Nie ma Lecha! ", ale szybko się okazało, że ta informacja jest nie do końca prawdziwa. Były Pan Prezydent, nie przyjechał tego ranka do chałupy gaździny Bigosowej, ale, jednak, był na stryszku.
Sam wkrótce, osobiście, wyjaśnił:
"Od dłuższej chwili przewidywałem historyczność tego momentu i chociaż nie zgadzałem się z żadnom koncepjom, którom tu mówiły i przekonywały, bo mam własnom propozycje nadania prostego kierunku tak żeby wszystko zakręcić i nie zbaczając z pokazanej przeze mnie drogi, obrócić o 360stopni, to jednak uznałem, że bez mojej znaczącej, ale i liczącej się osobistości rzetelna dyskusja nie da efektownych skutków, a pewnie i przyczyn, i dlatego przyszłem piechotom dwa dni wcześniej, choć miałem pod górke i kłody mi ciskali, a gaździna zamkła furtke i znowu, i znowu musiałem skakać, wiadomo, przez co, bo była na targu po oscypki. Taka bryndza!"
Kiedy okazało się, że nieobecny Pan Były Prezydent, jest na stryszku wydało się wszystkim, że już nikt więcej nie przybędzie.
Wtedy pod chałupę gaździny zatoczył się tytanowy mercedes. A za nim drugi. Ten drugi, to nawet zajechał, jako pierwszy i z karesami.
- To chyba prymas albo sam Ojciec Dyrektor - rozległy się szepty.
Przypuszczenie było słuszne, ale, w dalszej części, błędne.
Bo, rzeczywiście, z drugiego, ale bliższego drabinie wysiadł i sekretnie, przez tłum rozentuzjazmowanych przedstawicielek rodziny rodzin, przemknął skromny i prawie niewidzialny Ojciec Dyrektor.
Po kilku, pełnych napięcia, minutach otworzyły się tytanowe drzwi pierwszego mercedesa, z którego wybiegły dwie rude, jak przecudnej urody Pani Katarzyna Dowbor, wiewiórki. Pięknymi susami wskoczyły na drabinę i w mgnieniu oka zniknęły w drzwiczkach stryszku.
Nim dziennikarska społeczność ocknęła się ze zdumienia, przed drabiną stanął... Jerzy Urban we własnej, nieoczekiwanej osobie.
Zaskoczenie było pełne i hałaśliwe. Posypały się nieprzychylne komentarze i docinki tyczące głównie niepospolitej urody redaktora mało znaczącego tygodnika.
I wtedy cała POLSKA usłyszała coś wreszcie. Pan redaktor, będąc już u drzwiczek stryszka, odwrócił się i zacytował w skrócie samego siebie:
- Pocałujcie mnie w dupę!
I zamknął drzwi za sobą.
...
Spotkanie trwało, jak dokładnie obliczył nieoceniony Tomasz Lis 19-cie godzin i 34 minuty, które zadygotały całą Polską.
Społeczeństwo niecierpliwie wyczekiwało przerwy między reklamami, w których nadawano relacje ze spotkania.
Na tle zamkniętych drzwiczek stryszku dziennikarze i dziennikarki analizowali, i analizowały wieloznaczne milczenie wybitnych uczestników.
Najbardziej dywagowano nad milczeniem pana premiera Tuska, zastanawiając się, co Pan Premier mówi, kiedy nic nie mówi, bo kiedy mówi, to i tak nic nie powie.
W relacjach nie wspominano, jednak, jedynej słownej wypowiedzi redaktora Urbana, bo jak zauważył Pan Poseł Karski, przyjazne media nie szerzą pornofonii.
Znalazła się wszak jedna rozgłośnia radiowa - ta sama, która następnego dnia nadała, jako jedyna, obszerną relację dźwiękową z tajnego spotkania, nieco tylko oczyszczoną z obscenów - która słowa redaktora nieczytanego przez jej słuchaczy tygodnika uznała za kwintesencję stosunku elit do narodu. A naród się z tym zgodził.
Była już głęboka noc, gdy na ekranach telewizorów całej Polski ukazała się błyszcząca twarz Jerzego Urbana, który stojąc na najniższym szczeblu drabiny mówił:
- Jako rzecznik, wybrany przez uczestników historycznego spotkania na strychu, które, acz nieoficjalne, ale brzemienne, jak to w tym kraju przyjęte, ogłaszam, że jedynym kandydatem na prezydenta RP została wybrana Pani Artystka Muzyczna Doda IQ Elektroda, albowiem:
1. Pan, obecny prezydent, nie będzie kandydował, bo mu się zapas kadencyjny wyczerpał równie jak i elektorat.
2. Pan Olejniczak i Borowski zrezygnowali, bo, jako ludzie honoru, nie zamierzają się wykłócać o swoje ze swoimi.
3. Pan J.M.W. Rokita staje w inne szranki i ustępuje miejsca lepszym.
4.Starszy Brat Kaczyński został odrzucony, bo, aczkolwiek Księżyc udanie zawłaszczył, ale już zagospodarować nie umiał i ruskie pierwsze mieli tam łunochoda.
5. Inni kandydaci, po okazaniu materiałów promujących Panią Dodę, odstąpili od ubiegania się o urząd.
6. Pani Artystka Muzyczna Doda jest w społeczeństwie szeroko znana, bo społeczeństwo już wie, że nie ma nic brzydkiego do ukrycia, bo wszystko ma na wierzchu i się obnosi.
Brak praktyki politycznej nie jest przeszkodą, bo Pani Doda na pewno, jeżeli czego nie będzie wiedziała, to sobie dośpiewa.
To tyle. Na żadne pytania nie odpowiem, bo na wszystkie odpowiedziałem przy wejściu.
Tak zakończyło się historyczne spotkanie na strychu w chałupie gaździny Bigosowej.
Wojtek Cejrowski długo jeszcze palił materiały promocyjne przyszłej Pani Prezydent, bo papier był śliski i nie chciał się zająć.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)