135 obserwujących
4300 notek
1878k odsłon
  174   1

„O roku ów” – 1973…

„O roku ów…” – pisał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. Chodziło o rok 1812, a wiec czas kiedy Napoleon poszedł na Moskwę, a Polacy wraz z nim. Czas, gdy aż do samej rosyjskiej stolicy dawaliśmy łupnia naszym sąsiadom i niekoniecznie przyjaciołom – bo przecież zaborca przyjacielem nie jest.

I tu przychodzi mi na myśl fragment wiersza Rajnolda Suchodolskiego „Kto powiedział, że Moskale są to bracia nas, Lechitów, temu pierwszy w łeb wypalę przed kościołem karmelitów!”

A wracając do Mickiewicza, dziś po niespełna 200 latach od czasu, kiedy nasz rodak z Nowogródczyzny pisał w latach 1832-34 swój epos o polskiej szlachcie, swarliwej, ale patriotycznie żarliwej, Czarnecki pisze „O roku ów…” – tyle że w kontekście A. D. 1973.

Cóż to był za rok! Było dopiero co po Igrzyskach Olimpijskich w Monachium, gdzie osiągnęliśmy oszałamiające sukcesy: Władysław Komar wygrał pchnięcie kulą o jeden centymetr przed jednym Amerykaninem i bodaj cztery cm przed drugim, polscy piłkarze zdobyli swój pierwszy medal olimpijski i to od razu złoty, a Kazimierz Dejna został królem strzelców turnieju, Józef Zapędzki zdobył złoto w strzelectwie, tak samo zresztą jak i na IO w Meksyku w 1968 roku, a „Mazurka Dąbrowskiego” dedykował wówczas swojemu ojcu, który zmarł w niemieckim obozie podczas II wojny światowej. Poza tym malutki, ale wielki duchem, ciężarowiec Zbigniew Smalcerz zdobył złoto w podnoszeniu sztangi, a największe sukcesy święcili polscy floreciści, którzy zdobyli dwa złota – indywidualnie Witold Woyda, który potem wyjechał do Włoch i tam trenował oraz nasza drużyna. To oznaczało, że po raz pierwszy w historii polski szermierz zdobył dwa złote medale na jednych igrzyskach. Po raz pierwszy i ostatni.

Jednak rok 1972 był tylko preludium do roku 1973. Wtedy ,przed 48 laty – a więc niemal przed półwieczem ! – wielkie sukcesy święcili polscy kolarze, żużlowcy i piłkarze.

Po raz pierwszy w historii polskiego kolarstwa Polak zdobył złoto w wyścigu indywidualnym na Mistrzostwach Świata. Był nim czterokrotny zwycięzca Wyścigu Pokoju Ryszard Szurkowski, zresztą nasz krajan z Dolnego Śląska i wicemistrz olimpijski z Monachium w jeździe drużynowej na 100 km. Ale to jeszcze nic, bo na tych MŚ w Hiszpanii, w San Sebastian tuż za plecami „złotego” Szurkowskiego finiszował jego kolega z drużyny, Staszek Szozda, który w zasadzie zawsze jechał w cieniu „Wielkiego Ryszarda” i pracował na sukcesy Szurkowskiego, jak to w kolarstwie bywa.

Rok 1973 – to rok, kiedy zawsze działo się coś „po raz pierwszy”. A więc nie tylko pierwsze złoto w kolarstwie, ale też pierwsze złoto na żużlu. Na Indywidualnych Mistrzostwach Świata rozgrywanych w Polsce, na Stadionie Śląskim „Mazurka Dąbrowskiego” zagrali dla skromnego chłopaka z Opola – Jurka Szczakiela, który wygrał barażowy bieg z legendą światowego speewdwaya Ivanem Maugerem w Nowej Zelandii. Co to był za bieg! Co to była za dekoracja! Szczakiel startował pierwszy, a czterokrotny wówczas indywidualny mistrz świata Nowozelandczyk jechał tuż za nim, jednak w pewnej chwili zaliczył defekt motocykla i wówczas – będę te scenę pamiętał do końca życia – Jurek, chłopak z „Kolejarza” Opole jechał wśród stutysięcznego wiwatującego tłumu, który wiedział, że za chwilę będziemy mieć pierwszego polskiego zwycięzcę IMŚ. Na podium było jednak dwóch Polaków, bo na trzecim jego stopniu stanął Zenek Plech. Jeżeli się po cichu, czy nawet nie po cichu mówiło o tym, że Polak zatryumfuje w „Kotle Czarownic” czyli na Stadionie Śląskim, to raczej wskazywano właśnie Plecha. Skończyło się na brązie. Poświęciłem obu tym naszym żużlowcom dużo miejsca, bo już ich z nami nie ma. Od śmierci Zenona Plecha upłynie 25 listopada rok, a pierwsza rocznica śmierci Jurka Szczakiela minęła właśnie 1 września.

No i wreszcie znowu coś historycznego, coś co wydarzyło się pierwszy raz. Otóż pierwszy raz w historii w 1973 roku wygraliśmy z Anglią w piłkę, która to dyscyplina została przez Anglików wymyślona. Po raz pierwszy – znowu – po II wojnie światowej awansowaliśmy do Mistrzostw Świata. W sumie był to drugi raz, bo pierwszy był w 1938 roku, gdy na MŚ we Francji, po dogrywce przegraliśmy z Wielką Brazylią 5-6. Po tamtym meczu w Strasburgu zostały dwie prawdziwe legendy: to, że najlepszy Brazylijczyk Leonidas grał na bosaka i to, że nasz Erwin Wilimowski strzelił cztery bramki.

 A data 17 października 1973 i mecz na Wembley też przeszły do legendy polskiego futbolu, łącznie z szowinistycznym stosunkiem brytyjskich mediów do nas przed meczem oraz kibiców w trakcie meczu. Janek Tomaszewski, późniejszy poseł dokonywał w bramce cudów, ale karnego przepuścił – w następnym roku ma MS w Niemczech już „jedenastki” ze Szwecją i Niemcami obronił… Jan Domarski ze Stali Mielec strzelił gola życia, a Kazimierz Górski nie mógł wytrzymać i dwie minuty przed końcem – co się jednak nie zdarzało – opuścił trenerską ławkę i udał się do szatni! Tylko ja miałem przechlapane, bo w szkole wiedzieli, że urodziłem się w Londynie, w związku z tym wołali na mnie „Anglik”, a głupie koleżanki pytały szczerze za kim byłem: za Biało-Czerwonymi czy za Anglikami?

A ja dostawałem furii…

Nie dziwcie się, że zapamiętałem Anno Domini 1973.

*tekst ukazał się w tygodniku „Słowo Sportowe” (13.09.2021)


Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport