Blog
rytamor
rytamor
rytamor Technik i inżynier.
0 obserwujących 22 notki 6936 odsłon
rytamor, 24 stycznia 2019 r.

Kasty nowe i specjalne

358 10 0 A A A

W bardzo już zamierzchłych czasach, a było to w 1953 lub1954 roku, kiedy korzystając z wolnego w okresie ferii zimowych czasu postanowiłem odwiedzić mojego wujka. Wujek ów był lekarzem, który krótko przed Wojną II Światową ukończył studia medyczne w Wilnie. Po tejże II. wojnie osiadł w małym, wielkopolskim mieście i pracował w miejscowym szpitalu. Oprócz pracy w szpitalu prowadził prywatną praktykę lekarską, gdyż państwowe przychodnie lekarskie dopiero powstawały.

Jako że przybyłem do niego niezapowiedziany wspólne spędzenie czasu było ograniczone – miał zbyt dużo pracy. W ciągu tych trzech dni pobytu u niego towarzyszyłem mu w odwiedzinach chorych, które odbywały się wieczorami po pracy w szpitalu i przyjęciach chorych w swojej praktyce. Gabint lekarski miał urządzony w swoim mieszkaniu.

Oczywiście nie byłem świadkiem badań, ale wolno mi było nosić jego torbę z przyrządami. Korzystał z własnego samochodu - Moskwicz. Mieliśmy więc trochę czasu, żeby po drodze, lub przy krótkim posiłku w restauracji nieco porozmawiać. Odwiedzał chorych w miasteczku, ale również i w pobliskich wioskach.

Nie było w tym czasie bogactwa – ludzie byli biedni.

Za wizytę brał oczywiście pieniądze – jaka była obowiązująca taryfa – nie pamiętam.

Pamiętam natomiast, że w przypadkach widocznego niedostatku wypisywał receptę i odmawiał przyjęcia honorarium, a w dwóch, czy trzech przypadkach skrajnie widocznego ubóstwa wypisywał receptę i jeszcze zostawiał jakieś tam pieniądze na ich wykupienie. Takie rzeczy się pamięta...

Minęło niespełna czterdzieści lat, a jednak epoka.

Na początku lat 90-tych przyjechałem do kraju i zostałem „wmanewrowany” jako „zastępstwo” w tzw. wczasach pracowniczych w małej i jeszcze mniej kuracyjnej miejscowości nad naszym Bałtykiem. Za wszystko co trzeba było uczciwie zapłaciłem i to ”z góry”. Po kilku dniach stwierdzilem u siebie lekkie przeziębienie z uciążliwym kaszlem. Chciałem to zbagatelizować, ale moja ślubna władza przekonała mnie, że skoro jest do dyspozycji przez 2 lub 3 godziny lekarz, to dlaczego mam nie skorzystać. Poszedłem.

Pan lekarz, bo o doktorat go nie posądzam, siedział „tylno-bocznie” do wejścia, gdyż pozycja ta zapewniała mu najlepsze oświetlenie gazety, którą właśnie studiował. Nie odkładając gazety zapytał mnie grzecznie i bardzo konkretnie – „o co chodzi?” Odpowiedziałem, że jestem przeziębiony, ale nie podejrzewam zapalenia płuc – głupio, bo nie moją sprawą było stawianie diagnozy. Sięgnął po karteczkę, wpisał jakiś szyfr i podał mi ją przez lewy bark do tyłu i powiedział „Inhalacje” . Nie mogę powiedzieć, że pożegnaliśmy się, bo nie powiedział ani „wynoś się” ani „do widzenia” – kontemplował dalej gazetę.

  Wizyta ta trwała dużo mniej niż 5 minut i w czasie jej trwania pan lekarz (35-45 letni) nie zaszczycił mnie ani spojrzeniem, ani przewietrzeniem najważniejszej części swego ciała spoczywającej na fotelu.

Potem dowiedziałem się od pani (sympatycznej) zawiadującej inhalacjami, ze pan lekarz ma od każdej inhalacji bodajże 5-złotowy profit. No cóż...

Dwa lata później spędzaliśmy z moją kościelno-rejestrową żoną urlop w Tunezji w miejscowości Suss (koło Port el Kantanui). Po kilku dniach usłyszałem na plaży po sąsiedzku polską mowę. Nastąpiło ostrożne „Oooo!!!” potem kilka „obwąchujących” zdań. Pani okazała się lekarką z Trójmiasta - nie przedstawialiśmy się wzajemnie – plaża tego nie wymagała. Ja mieszkałem z żoną w Niemczech. Pani lekarz, wnioskując z rozmowy, była nie byle jakiego kalibru i pochodziła z Trójmiasta.

Interesowało ją jak „dostaję się” w Niemczech w razie potrzeby do lekarza. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że płacę składki do wybranej jednej z wielu „Ubezpieczalni”(„Kas Chorych”), posiadam plastikową kartę z paskiem magnetycznym i chipem, na którym są zapisane niezbędne dane. Idąc ulicą spostrzegam szyld informujący, że tutaj przyjmuje lekarz o specjalności odpowiadającej moim dolegliwościom, więc wchodzę podaję kartę pani rejestratorce powierzającej ją na chwilę komputerowi, otrzymuję kartę z powrotem, idę do poczekalni i po pół godzinie (zdarza się że czeka się nawet godzinę) zostaję przyjęty. Po badaniu wychodzę z receptą i mogę spokojnie chorować. Ta część moich wyjaśnień, co prawda z pewnym niedowierzaniem i po dodatkowych pytaniach, została przez panią lekarz przyjęta.

Kiedy zapytała co by było, gdyby zachciało mi się dostać się do „sławy”, zaczęły się problemy. Odpowiedziałem, że do „sławy” można się dostać identycznie jak do każdego innego lekarza, pod warunkiem, że lekarz -„sława” posiada praktykę uwidocznioną na budynku szyldem.

N o o, t a a k, ale mnie chodzi o taką „p r a w d z i w ą   S Ł A W Ę”.

I tutaj skończyła się pojemność mózgu pani lekarz – pewnie „sławy” w Trójmieście.

Opublikowano: 24.01.2019 19:13.
Autor: rytamor
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Zgryźliwy, moher z zamiłowania - najczęściej jednak bez nakrycia głowy. Uczulony na pogodę. Szczególnie nie lubię wiatrów wschodnich i zachodnich. Dubito ergo cogito.

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @rajder135  1. Nie do Macierewicza chyba należy sprawdzanie, kto go wozi i z jakimi...
  • @deda  Walc byłby tu nieodpowiedni? Też 3/4. Nieadekwatna epoka?
  • @35stan  Wielki słownik ortograficzny PWN (Wydawnictwo Naukowe PWN - prof. Edward Polański -...

Tematy w dziale Społeczeństwo