Od kilku miesięcy gęstniała atmosfera wokół nieuznawanej na arenie międzynarodowej Osetii Południowej. I choć mały kaukaski naród obiektywnie ma znacznie więcej argumentów dla niepodległości niż uznawane przez Polskę Kosowo to rzeczywistością Osetyńczyków jest międzynarodowa izolacja i brak poparcia. W Polsce dodatkowo Osetia naraża się politycznym przyjaciołom władz w Tbilisi i nieprzyjaciołom Moskwy.
Dziś wszystko wskazuje na to, że Gruzini i ich prezydent Mikhail Saakashvili postanowili przywrócić siłą „integralność terytorialną" swojego państwa. Nawet za cenę ofiar ludzkich. Gruzińska ofensywa rozpoczyna się w dzień otwarcia Igrzysk Olimpijskich, co z jednej strony jest pogwałceniem tradycji „świętego rozejmu", ale z drugiej wydaje się idealnym momentem dla przynajmniej częściowego odwrócenia uwagi opinii międzynarodowej i mediów. Bardzo dziwne wydają mi się oskarżenia o prowokacje militarne z Tbilisi pod adresem Osteńczyków, które trwały od kilkunastu dni. Czyżby rzeczywiście Dawid chciał atakować Goliata?
Rzekomy osetyjski ostrzał gruzińskich posterunków i wiosek przypominał mi nieco sprawę prowokacji gliwickiej z 1939 roku. Dał świetny argument do ataku na stolicę zbuntowanej republiki. Poza tym nieprzypadkowa wydaje się w tej sytuacji decyzja Izraela z 5 sierpnia o wstrzymaniu dostaw broni do Gruzji, m.in samolotów bezzałogowych.
Dwa narodowe referenda, w których mieszkańcy Osetii Południowej wypowiedzieli się za niepodległością nie znaczą nic, podobnie jak historyczne dążenia do samostanowienia i zachowania odrębności kulturowej. Mały naród kaukaski przez stulecia zdołał zachować odrębność mimo potężnych sąsiadów i wielu prób zewnętrznej dominacji.
Dziś Osetyjczycy skazani są na izolację międzynarodową. Polska, kraj, który sam boleśnie doświadczył obcej dominacji i prób wynarodowienia oficjalnie murem stoi za proamerykańską Gruzją prezydenta Saakashvilego. Z drugiej strony, również wielu moim znajomym, Osetia kojarzy się dzięki relacjom większości mediów z prorosyjskim ośrodkiem dywersji na Kaukazie. To porównanie jest po prostu nieprawdziwe.
W kontekście walk na Kaukazie trudno nie wspomnieć o tegorocznym państwie: bez własnej flagi, języka czy historii. W kilka dni uznało je kilkanaście państw Unii Europejskiej i USA. To chyba najlepszy przykład, że na forum międzynarodowym są po prostu równi i równiejsi, a prawo międzynarodowe jest interpretowane przez silniejszych sojuszników.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)