Kancelaria Prezydenta Kaczyńskiego powoli się rozkręca po nagłym powrocie z urlopu głowy państwa i zapewne również najbliższych współpracowników. Od razu murem stanęliśmy po stronie gruzińskiego prezydenta, posypały się „ostre” słowa pod adresem Moskwy a gruziński MSZ otrzymał do użytkowania połowę oficjalnej witryny Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
Z kolei Federacja Rosyjska, oskarżona przez Warszawę o hakowanie gruzińskich stron, już wie, że Polska „może zrobić wszystko” w tym konflikcie.
Bezwarunkowe poparcie prezydenta Kaczyńskiego dla prezydenta Saakashvilego wcale nie dziwi. Szkoda tylko, że to gruziński przywódca zaatakował Osetię a nie odwrotnie, bo na pewno łatwiej byłoby to poparcie wytłumaczyć. Jednak ja osobiście nie rozumiem dlaczego Polska ma płacić politycznie czy gospodarczo za decyzję gruzińskiego prezydenta, który zechciał siłowo zjednoczyć terytorium kraju.
Tymczasem można odnieść wrażenie, że prezydent Lech Kaczyński próbuje w konflikcie gruzińsko-rosyjskim przejąć rolę innego przywódcy, Georga W. Busha, który jak na głowę supermocarstwa to zachowuje się bardzo powściągliwie. George W. Bush ma swoją aleję w Tbilisi, jeśli więc Saakashvili po wojnie, którą sprowokował utrzyma się u władzy powinien się odwdzięczyć przyjacielowi z Polski.
Mogę zrozumieć sympatię do Gruzinów, ich wina i wody mineralnej, ale – moim zdaniem – takie wybieganie przed szereg nie służy polskiej racji stanu, a tylko nam szkodzi. Sprawa nie jest tak jednoznaczna, jak chciałby tego Lech Kaczyński i jego otoczenie.
Z drugiej strony na konflikcie zyskują Niemcy. Berlin, który przecież ma dużo do ugrania i gospodarczo i politycznie ze stronami tej wojny, zachowuje się bardzo rozsądnie, przejmując rolę mediatora w konflikcie. Niemcy, w przeciwieństwie do nas, nie starają się być stroną w konflikcie a poprzez skuteczną mediację mogą pokazać Europie i światu, że jak najbardziej zasługują na kierowniczą rolę w dyplomacji Unii Europejskiej.


Komentarze
Pokaż komentarze (27)