W wywiadzie dla dziennika „Polska” prezydent Lech Kaczyński przyznał, że do Gruzji chciał zabrać swojego brata. Jarosław Kaczyński towarzyszy każdemu bardziej spektakularnemu działaniu prezydenta RP. Nie jest to jednak zwykły brat, który tylko i wyłącznie dla towarzystwa podróżuje z najbliższą sobie osobą. Jest to przecież były premier, szef największej partii opozycyjnej w polskim parlamencie, będący zajadłym krytykiem każdego posunięcia polskiego rządu. Nawet podczas ceremonii podpisania umowy tarczy antyrakietowej, w obecności ważnego przedstawiciela USA oraz kamer z całego świata prezydent Kaczyński nie mógł się powstrzymać od wnoszenia pod niebiosa zasług swojego brata i jego rządu.
Wydaje się – co dla wielu jest oczywiste, że Jarosław Kaczyński jest nieformalnie najważniejszą po prezydencie osobą w pałacu przy Krakowskim Przedmieściu. Tajemnicą poliszynela jest to, że Lech Kaczyński w wielu kwestiach stawia się wręcz na drugim miejscu, zaraz za bratem, oddając mu faktyczną inicjatywę. Sam pozostaje tylko twarzą jego decyzji. A przecież to nie Jarosława Kaczyńskiego Polacy wybrali na prezydenta. Z woli narodu został nim Lech Kaczyński.
Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej stał się niestety narzędziem walki partii politycznych. Wróciły smutne czasy prezydentury Lecha Wałęsy i Aleksandra Kaczyńskiego. Myśleliśmy, że w końcu będziemy mieli prezydenta wszystkich Polaków. Okazało się, że z własnej woli Lech Kaczyński oddał pole swojemu bratu – wykorzystującego Pałac Namiestnikowski do pokonania Platformy Obywatelskiej.
Oczywiście PO skrupulatnie to uwypukla, używając wszelkich piarowych zabiegów, czasem skutecznie prowokuje nie mniej jednak można obiektywnie powiedzieć, że głównym mottem prezydentury Lecha Kaczyńskiego po wyborach parlamentarnych w 2007 r. jest „dokuczyć Platformie, zrobić jej na złość, pokrzyżować plany”. Zazwyczaj najbardziej na tym traci interes naszego państwa. Niestety właściwie nie ma już sfer, gdzie panuje pokój pro publico bono. Lech Kaczyński stara się robić wszystko na odwrót – w stosunku do działań partii Donalda Tuska. Gdy więc - parafrazując słowa Jana Rokity z wywiadu dla „Dziennika”- Radosław Sikorski mówi „zielone”, prezydent odpowiada „nie-zielone” itd.
Jestem zdania – podobnie jak większość Polaków, że muszą istnieć „święte miejsca” w polityce, do których nie przenosi się partyjnych sporów. Tym miejscem jest z pewnością polityka zagraniczna. Tutaj po prostu konieczna jest zgoda wszystkich opcji. Tymczasem trudno nie odnieść wrażenia, że nasza polityka zagraniczna to gra partii. Prezydent zamiast być bezstronnym wykonawcą interesu narodowego wypełnia interes partii brata, który to – jak się wydaje – często szepcze do prezydenckiego ucha gotowe rozwiązania.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)