Pięć lat temu kierownictwo PiS postanowiło, że nie chce współpracować na forum europejskim z partią Eriki Steinbach. Na skutek tej decyzji przedstawiciele PiS w Radzie Europy znaleźli się dziś w grupie politycznej, której przewodzi parlamentarzysta partii Władimira Putina. Sytuacja jest tym bardziej niekomfortowa, że w tym tygodniu Zgromadzenia Parlamentarne RE debatuje nad wojną w Gruzji.
Prawo i Sprawiedliwość należy na forum zgromadzenia Rady Europy do Grupy Europejskich Demokratów. Obok PiS i brytyjskich konserwatystów należą do niej - o zgrozo!- deputowani putinowskiej „Jednej Rosji” i "prorosyjskiej" Partii Regionów. Szefem grupy jest natomiast bliski współpracownik Władimira Putina z "United Russia", Mikhail Margelov.
W tym tygodniu parlamentarzyści PiS i PO wraz z grupą przedstawicieli kilku innych krajów złożyli wniosek o wykluczenie Rosjan z debaty na temat wojny Gruzji-Rosja. Faktycznie można byłoby kwestionować obiektywizm debaty z udziałem Rosjan, jednak pod wnioskiem podpisał się również parlamentarzysta z Gruzji. Tak czy inaczej rosyjskie media - niesłusznie - uznały wniosek za kolejny dowód antymoskiewskiej krucjaty Warszawy wraz z sojusznikami z Ukrainy i krajów nadbałtyckich. Wniosek poparli bowiem również m.in. Belg, Duńczyk, Szwajcar, Maltańczyk i dwóch Węgrów.
Bardzo się cieszę, że posłowie PiS potrafią - jak trzeba - współpracować z przedstawicielami partii Władimira Putina. Od samego początku twierdzę, że sąsiada mamy jakiego mamy i w naszym interesie jest podtrzymywanie z nim dobrych relacji, politycznych i gospodarczych. Tymczasem kierownictwo PiS samo wybrało sobie sąsiadów w parlamentarnych ławach RE.
Przykład egzotycznego sojuszu w Radzie Europy pokazuje również moim zdaniem coś znacznie głębszego. Z polskiej pozycji nie można prowadzić równocześnie skutecznej konfrontacji z dwoma silniejszymi sąsiadami, prędzej czy później trzeba się dogadać z jednym z nich.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)