Przygniatającą większością głosów Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy odrzuciło wczoraj wniosek o zawieszenie działalności rosyjskiej delegacji w RE w związku z inwazją na Gruzję.
Rosjanie triumfują, choć wcześniej zapowiedzieli, że w przypadku niekorzystnego dla nich werdyktu gotowi są opuścić Radę Europy. Nic takiego nie miało miejsca, a sam wniosek w głosowaniu poparło nawet mniej parlamentarzystów niż pierwotnie go podpisało. Rozkład sił przy głosowaniu nad rezolucją potwierdzającą prawa rosyjskiej delegacji w RE wyniósł 114:20. W przyjętym dokumencie zwrócono również uwagę, że oba kraje, to jest Rosja i Gruzja naruszyły statut Rady Europy.
Interesująco wygląda analiza indywidualnych wyników głosowania. Okazuje się, że antymoskiewskie działania na forum europejskim pozbawione są praktycznie poparcia zachodnich polityków. Za odrzuceniem korzystnej dla Rosjan rezolucji głosowali bowiem tylko Gruzini, wspierani przez pomarańczowych Ukraińców, kraje nadbałtyckie i oczywiście Polskę. Pojedyncze głosy Austriaka i Szweda nie miały w tym głosowaniu najmniejszego znaczenia. Cała polska delegacja (PiS, PO i Lewica), z wyjątkiem jednego głosu, znalazła się w obozie zdecydowanej mniejszości.
Wypada zastanowić się nad sensem tej inicjatywy. Oczywiście są w Polsce osoby, które chcą, by nasz kraj przewodniczył antyrosyjskiej krucjacie na każdym możliwym forum międzynarodowym. Nawet za cenę fatalnych stosunków z Moskwą. Ta operacja wydaje się jednak z góry skazana na klęskę. Zachód wcale nie uważa, że Rosja jest jedynym winnym a Gruzja jedyną ofiarą sierpniowych wydarzeń na Kaukazie. I musimy się z tym pogodzić, zamiast angażować się w wątpliwe i z góry przegrane inicjatywy.
Wielka Brytania od dłuższego czasu nie ma najlepszych relacji z władzami na Kremlu. Przypomnę tylko sprawę British Council czy BP w Rosji. Z drugiej strony, brytyjscy parlamentarzyści jak jeden mąż poparli wczoraj „prorosyjską” rezolucję. Szczególnie zdziwiła mnie postawa posłów Partii Konserwatywnej, która razem z PiS zasiada w jednej grupie politycznej w Radzie Europy, Europejskich Demokratów, której zresztą przewodzi parlamentarzysta rosyjski, z partii Władimira Putina. Wygląda na to, że Londyn ma inne priorytety dyplomatyczne niż kolejna awantura z Kremlem.
Wczoraj okazało się, że zwolennicy konfrontacji z Rosją, tak głośni i aktywni również w Polsce, nie mogą liczyć nawet na najbardziej proamerykańskich sojuszników na Zachodzie. Sytuacja coraz bardziej zaczyna przypominać tę sprzed 70 lat. Tym razem również nie możemy liczyć na jakiekolwiek wsparcie z Zachodu. Czy zatem ma sens skazana na przegraną walka z Moskwą w obronie gruzińskiego „sojusznika”?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)