Dzisiejszy strajk generalny przeciw „rosnącym kosztom życia” sparaliżował stolicę Unii Europejskiej i Belgię. Zjawisko, które w pogrążonej w kryzysie państwowym Belgii wcale nie jest nadzwyczajne, we współczesnej Polsce wydaje się wprost nie pojęte. Belgijski strajk dał się we znaki przede wszystkim samym Belgom i mieszkańcom tego kraju korzystającym z komunikacji publicznej.
Ostatnie raz komunikacyjny kryzys dotknął Brukselę podczas muzułmańskiego Ramadanu, kiedy okazało się, że większość taksówkarzy w mieście nie pracuje, bo obchodzą post. Dziś co prawda przy odrobinie szczęścia można było dziś wsiąść do brukselskiego metra, ale za to już pasażerowie lądujący na narodowym lotnisku w Zaventem czekali w prawie kilometrowej kolejce na taksówkę, jedyny niezawodny dziś środek transportu, który jednak grzązł w niekończących się korkach w centrum i na przedmieściach miasta. Strajk objął również sieci supermarketów, pocztę i zakłady przemysłowe.
Można odnieść wrażenie, że Belgowie, a przynajmniej ich część tak przyzwyczaili się do skrajnie socjalnego modelu państwa, że gdy tylko widzą oznaki kryzysu…natychmiast strajkują. W dobie nadchodzących problemów gospodarczych nie wróży to niestety dobrze przyszłości i tak kruchej państwowości belgijskiej. Żądania strajkujących – dotyczące wyższych płac i niższych podatków - są bowiem praktycznie nie do spełnienia.


Komentarze
Pokaż komentarze