Od kilku dni jestem naprawdę zniesmaczony awanturą o to czy premier czy może prezydent powinien stanąć na czele polskiej delegacji na unijnym spotkaniu na najwyższym szczeblu w Brukseli. Przy czym pretensję za żenującą wojenkę kieruję do obu pałaców.
Spór jest naprawdę żenujący. Przypomnę może, że kilka miesięcy temu obaj panowie potrafili się na Helu pogadać w sprawie bardziej dla Polski i Europy ważnej i zdecydowali o błyskawicznej ratyfikacji w parlamencie eurokonstytucji z Lizbony. Choć mieliśmy wówczas do czynienia z jednomyślnością co do ratyfikacji – której zresztą oczekiwała i Bruksela, i Berlin – pojawił się także wtedy spór o kompetencje na arenie europejskiej.
Spór tym dziwniejszy, że wcześniej nie było o nim mowy. Wszyscy premierzy jeździli na szczyty, negocjowali twardo i przywozili do kraju zwycięstwa, przynajmniej medialne. Ostatni spektakularny sukces w Brukseli odniósł premier Marcinkiewicz i być może wówczas bracia Kaczyńscy, postanowili przerzucić autorstwo dokonań w Brukseli, które z natury rzeczy mogą być wyłącznie „sukcesami” na barki prezydenta, czyli głowy państwa. I tutaj należy szukać genezy obecnego konfliktu, szczególnie w kontekście zbliżających się wyborów na urząd prezydencki. Dodatkowo prezydent swoim udziałem na unijnym szczycie automatycznie eliminuje ministra spraw zagranicznych, bo dla trzeciego słuchacza na sali po prostu nie ma miejsca. Ale premier też nie jest bez winy, bo skoro ostatnio zaprosił do udziału w szczycie głowę państwa to powinien zachowac się i tym razem konsekwentnie (temat Gruzji i tym razem przynajmniej na chwilę na pewno znajdzie się w agendzie unijnego szczytu).
Zastanawiam się co by się stało gdyby w całej „27” unijnych krajów doszło do tego typu sporów. Premier Wielkiej Brytanii mógłby na przykład pokłócić się z Jej Wysokością Królową o to kto jest ważniejszy w państwie, podobny konflikt mógłby wybuchnąć w Hiszpanii, Danii czy Szwecji. Gdyby Ukraina bądź Gruzja były członkami Unii zakładam, że prezydenci obu krajów też chcieliby wziąć udział w największym rangą spotkaniu nz szczeblu Unii Europejskiej. Czy na czele rosyjskiej delegacji stanąłby prezydent Miedwiediew czy może premier Putin?
Na to pytanie pewnie nie poznamy odpowiedzi, ale już za kilka dni zobaczymy kto zabierze głos w imieniu Rzeczypospolitej na spotkaniu „szefów państw i rządów Unii Europejskiej”. Na zabraniu głosu zapewne się skończy, bo wszystkie ważniejsze decyzje i tak podejmuje się z kilkudniowym wyprzedzeniem albo w ogóle bez naszego udziału.


Komentarze
Pokaż komentarze (52)