11 obserwujących
29 notek
48k odsłon
  384   3

Jak trafiłem na morze



imageKpt.ż.w. Piotr Trzebuchowski

               WN WSM 1975

                    GDYNIA




Każdy z nas stawiał sobie kiedyś pytanie: dlaczego poszedłem na morze?. I każdy ma na pytanie pewnie inną odpowiedź .Moja jest taka:

               Kiedy wpadłem na pomysł pójścia na morze trudno dociec.Morze kochałem zawsze, od czasu kiedy je pierwszy raz zobaczyłem, a miałem wtedy 7 lat.Mieszkałem w wielkim mieście w centralnej Polsce, na dokładkę na głównym skrzyżowaniu, w smrodzie spalin, zgrzycie tramwajów i błysków trakcji tramwajowej.

       Na naszym podwórku –studni było tylko jedno drzewo, kasztan i rzadki lichy trawniczek, to była cała zieleń, którą mieliśmy. Bawiliśmy się przeważnie robiąc fikołki na trzepaku. Jak w niedzielę udało się pojechać do lasku za miasto, pobrodzić po kolana w potoku, to już było wielkie szczęście.

                   I kiedyś dziadek zabrał mnie na wakacje nad morze. Miejscowość nazywała się Dźwirzyno i było to kawałek drogi na zachód od Kołobrzegu.

        Było pięknie, stary, sosnowy las, a zza wydm dobiegał szum morza.Dzień w który dziadek zabrał mnie nad morze był ciepły, ale pochmurny. Prowadził mnie więc w stronę tego szumu trzymając za rękę, a ja prawie biegłem klepiąc się po gołych nogach przed komarami. Doszliśmy do wydm, szary, leśny piasek zmienił się w szlachetny, biały piasek morski i nagle zobaczyłem bezkresną wodę. Zamilkłem i patrzyłem i patrzyłem.

Pod nogami mieliśmy kamienie, śliczne, pastelowe, owalne i kolorowe wygładzone przez tysiące lat przez wodę, dalej szeroki na paręset metrów biały piach, co piszczał, jak sie po nim szło.

Dzień był wietrzny, bałwany rozbijały się o plażę, tocząc spienioną wodę, zmieszaną i piaskiem, muszelkami i wodorostami.

              Szalałem nad morzem dwa tygodnie. Chodziliśmy wieczorami oglądać zachód słońca. Nauczyłem się ten zachód do perfekcji rysować kredkami, ale w końcu trzeba było wracać do domu.

Nie wiedziałem czy jeszcze kiedyś zobaczę morze.

Pamiątkowych kamieni zebrałem kilkanaście kilo, ale pozwolono mi zabrać tylko jeden. Za to w butelce po oranżadzie nalałem trochę morza, piasku i roślinek.

Wróciłem do domu i moja butelka była wszystkim, co mi zostało. Otwierałem ją co chwilę i próbowałem, czy woda na pewno dalej słona. Niestety “morze” w butelce po paru dniach się zepsuło i zaczęło śmierdzieć, więc mama je wyrzuciła do śmieci.

Zostały mi tylko własnoręcznie rysowane zachody słońca.

                    I wtedy pamiętam, w drugiej klasie zakochałem się w dziewczynce z mojej klasy. Nazywała się Jola była piękna, smukła i czarnooka.

Opowiedziałem jej w tajemnicy, że będę marynarzem i już teraz się do tego przygotowuję.

W małym pudełeczku z przegródkami narysowałem jej mnóstwo śmiesznych, ”morskich” rysuneczków na małych karteczkach, a na jednej napisałem, że ją kocham. Ale wstydziłem się napisać to po polsku, wiec napisałem, jak mi się zdawało po angielsku. Napis brzmiał “alla wju”.

Jola była zachwycona, powiedziała, że wyjdzie za mnie natychmiast jak tylko będzie można i że ona też mnie ”alla wju”.

I wtedy właśnie od dziadka dostałem książkę “Znaczy kapitan” Karola Borhardta. Pierwszy raz przeczytałem książkę jednym tchem, choć połowy nie rozumiałem. Była tam opisana pierwsza polska szkoła morska w Tczewie, żaglowiec ”Lwów” i masa jego szczegółów w marynarskiej gwarze.

Sam autor imponował mi niezmiernie przerażającą siłą fizyczną przede wszystkim, ale i poczuciem humoru

Borhardt pochodził z Wilna, moje miasto też było daleko od morza. Ten Borhardt pomagał mi w chwilach zwątpienia, dawał przykład, że jak się czegoś bardzo chce, to się to osiągnie.

      Okrutny los nie dał mi się ożenić z Jolą, bo moi rodzice znaleźli lepszą pracę i wyprowadziliśmy się. I chociaż cierpiałem po rozstaniu z ukochaną, to trochę się cieszyłem, bo miasto gdzie mieliśmy mieszkać było tylko 10 kilometrów od morza. To się czuło.

Jeździliśmy co niedzielę do Mielna, na plażę, Portu wprawdzie tam nie było, ale były kutry wyciągnięte na plaże, a jeździło się też do prawdziwego portu w Kołobrzegu.

Słyszało się też tu i ówdzie o marynarzach. Miałem przyjaciela Janusza, który był tylko trochę starszy ode mnie, ale dwa razy większy, więc mówiliśmy na niego “Wujo”. Otóż u “Wuja” w domu na przykrytym serwetkami radiu stała fotografia gościa w marynarskim mundurze z kołnierzem – to był tata “Wuja”.

Niestety tato “Wuja” był nieobecny, a jego mama wygrażała czasem fotografii pięścią, pomstując, że ją z dzieckiem zostawił samą.

Pomstowała, ale chyba była trochę ze zdjęcia dumna.

Tak to przeżyliśmy parę lat, poszedłem do ogólniaka, kiedy rodzice znowu dostali lepsze warunki i pracę w innym mieście. Musieliśmy się znów przeprowadzić. Miasto jak miasto, nowa szkoła dla mnie, nowi koledzy, nie zawsze mnie lubili, ale najgorsze ponad 460 kilometrów od morza.

Kulawo mi szło w nowym ogólniaku. Rzadko lądowałem na okres bez dwój, a już ze sprawowania zawsze miałem pewną trójkę. I tak utykając doszedłem do jedenastej klasy i trzeba było decydować, gdzie zdawać na studia.

I poszło nad wyraz łatwo. NA MORZE!


Lubię to! Skomentuj9 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości