11 obserwujących
29 notek
48k odsłon
  1116   3

Jak trafiłem na morze nr 3

Pewnego dnia mój serdeczny przyjaciel prosto z uczelni odprowadził mnie do szpitala. Poszedł do moich rodziców, powiedział im co postanowiłem i przyniósł mi szczoteczkę do zębów.

Trudno mi było wytłumaczyć w izbie przyjęć, że chce praktycznie niepotrzebnej operacji, ale ze szpitala już nie wyszedłem.

A jedyną moją wątłą nadzieją było słowo lekarza z komisji lekarskiej, że mnie puści jak się zoperuję. A jak będzie inny lekarz? Kurwa, oby był ten sam...

Szpital, w którym leżałem, był nowo zbudowany, ogromny i obsługiwał również w cięższych przypadkach okoliczne mniejsze miasteczka i wsie. Było więc sporo pacjentów z niedyspozycjami typu ”folk”, a przybywało ich zawsze po świętach i weselach.

Co mnie to wszystko obchodziło? Czekałem w swoim łóżku na operację, patrzałem przez okno na topniejący śnieg, na drzewa, które się nie mogły zdecydować, czy wypuścić już liście, na brudne, zachlapane samochody i zziębniętych ludzi i marzyłem o pociągu o 1712, o szkole morskiej o “Darze Pomorza”.

Dostałem od taty książkę “Morskie pomoce nawigacyjne”, powtarzałem sobie magiczne słowa, locje, roczniki, spisy świateł, mapy...

Nie było mnie tutaj, żeglowałem na moim łóżku do Rio de Janeiro i Hong Kongu, tuliłem smukłe dziewczyny, bohatersko wracałem do domu, wszystko w rytm “Serwus panie chief” Filipinek.

Ale kiedy otwierałem oczy, stwierdzałem, że obok dalej leży facet, co po pijaku zasnął gdzieś w śniegu i odmroził sobie wszystko, co mógł, obok małolat z kulą z samopała w mózgu nie mógł ciągle umrzeć, a w rogu zasłonięty parawanem stygł facet, co po operacji po skręcie jelit wypił pół litra przemycone przez rodzinę na odwiedzinach.

Wzdychałem wtedy i liczyłem dni do operacji.

Obok miałem sąsiada. Sąsiad miał osiemdziesiąt parę lat i był po jakiejś “normalnej” operacji, co według niego upoważniało go do bratania się ze mną nad głowami ludu.

W mieście była Akademia Medyczna, wiec “obchody” odbywały się codziennie bardzo szumnie, z profesorem, doktorami , prostymi adiunktami, asystentami i chmarą studentów. I tak podczas takiego rannego obchodu profesor zagadnął mojego sąsiada:

-No jak się dziś czujemy?-

W odpowiedzi mój sąsiad próbował nakłonić jakoś gestami profesora, żeby się nad nim pochylił, bo ma mu coś ważnego do powiedzenia.

-Niech pan mówi głośno – upomniał go profesor - tu jest szpital i nie ma tajemnic -

Sąsiad rozejrzał się rozpaczliwie po sali. Zewsząd patrzyły oczy bezwstydnie ciekawskie, ale nie niosące pomocy.

-Stać mi nie chce! - krzyknął płaczliwie i nakrył głowę kołdrą.

Innym razem przywieźli malutkiego, rumianego staruszka. Całe swoje siedemdziesięcioletnie życie spędził w lesie, gdzieś na wschodniej granicy pracował jako drwal przy wyrębie i transporcie drewna. Koń kopnął go w szczękę, więc dziadkowi założyli specjalny kaganiec z drucikami i gumkami, żeby mu się szczęka prawidłowo zrastała.

Dziadek mówił przez ten kaganiec z zaciśniętymi zębami, co sprawiało wrażenie hamowanej furii, ale staruszek miał złote serce.

Na wynalazki dwudziestego wieku nadział się dopiero w szpitalu.

Najpierw miał wypadek w toalecie. Chciał ją spłukać, ale nie wiedział jak, wlazł więc na deskę i zaczął majstrować przy zbiorniku. W pewnym momencie stracił równowagę i gruchnął na ziemię ciągnąc za sobą zbiornik i rurę, którą ścisnął w kurczowym, bezwarunkowym chwycie.

Przywieźli go dwie godziny później na salę z potężnym gipsem na wzniesionym do góry nieruchomo ramieniu. Teraz zwracając się do kogoś musiał obracać się całym ciałem.

Rodzina zwoziła mu wspaniałą, nieskażoną cywilizacją żywność, prosto z dżungli białowieskiej , niestety dziadek mógł tylko cienko pokrojoną bułeczkę, rozmoczoną w mleczku wsunąć w swoje zaciśnięte gumkami „kagańca” usta. Bardzo mnie lubił, więc znosił mi szynki i boczki, kiszone ogórki i pomidory, siadał na krawędzi mojego łóżka, zachęcając uprzejmie:

-Je, je, u mnie się zmarnuje, a tak przynajmniej popatrzę -

Pewnego razu przyszedł z pytaniem:

-A tej wanny wie jak używać, aa?-

-Normalnie, wsadzić korek, niebieski kurek woda zimna, czerwony gorąca, nalać i wskoczyć do wanny.

-No to lecę się wykąpać, rodzina przyjedzie, rozumie -

Dziadka przywieźli za godzinę z poparzonym tyłkiem. Nie miał do mnie pretensji, ale nie chciał powiedzieć dlaczego nie sprawdził wody przed wejściem do wanny. -

Lekarze pastwili się nade mną dwa tygodnie przygotowując mnie do operacji.

W końcu przyszła moja kolej. Dali mi głupiego Jasia i powieźli na wózku na salę operacyjną.

Na korytarzu stała mama. Pomachałem jej ręką i wzniosłem do góry kciuk, że OK.

Za chwilę pochyliło się nade mną kilka zielono ubranych postaci. Byli zamaskowani.

Pomyślałem, że jak coś sknocą nie poznam żadnego.

Ze szpitala wypuścili mnie pewnego wiosennego słonecznego dnia. Przede wszystkim wysłałem do szkoły morskiej nowe podanie z załącznikami. Dalej byłem niekarany i miałem powyżej 158 cm wzrostu, no i miałem świadectwo dojrzałości.

Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości